niedziela, 19 maja 2013

Życie we wszechświecie- dwa światy

Gdy zastanawiam się nad swoim istnieniem, mogę je podzielić na dwa światy. Pierwszy jest światem człowieka jako części wielkiego kosmosu, drugi natomiast jest światem człowieka żyjącego na Ziemi – płaskiej Ziemi. Czasem wchodzę w cykl wielu tygodni życia w płaskim ziemskim świecie. Wstaję rano, myję zęby, jem śniadanie, idę do pracy zarabiać pieniądze, rozmawiam z ludźmi, jem obiad i idę spać. Żyję tak, jakby nasz ziemski świat był odizolowany od reszty wszechświata. Jakby ludzie żyli niczym małe mrówki w kopcu, zapominając, że są częścią nieskończonego wszechświata – nie tylko małego kopca.

Nie ukrywam, że zazwyczaj całkiem nieźle się czuję w tym ziemskim kopcu. Wszystko mi jest znane, odkryte, media trąbią o rozwoju cywilizacji i osiągnięciach naukowych. Oglądam sport, zachwycam się w kółko meczami tych samych drużyn. Przyjaciele i rodzina bez przerwy opowiadają te same historie, dowcipy i snują te same opowieści, a media trąbią ciągle o tych samych sprawach i po raz setny pokazują te same programy rozrywkowe. Ludzie dorośli, zamknięci w swoim kopcu, zamykają się w świecie realizowania swoich potrzeb materialnych, szukając ukojenia w rozrywce.
Ale jest taki moment, że jadąc ciemną nieznaną drogą w środku nocy, decyduję się zatrzymać, , zgasić światła, wyjść z samochodu, wziąć trzy głębokie oddechy i spojrzeć w górę. I nagle okazuje się, że nie jestem zamknięty w mrówczym kopcu, że stoję malutki i spada na mnie ogrom lśniących gwiazd. Gwiazd, których tak naprawdę może już nie być, a tylko ich światło dociera do moich źrenic, co jeszcze przyśpiesza rytm mojego serca w swoistym hołdzie nieskończoności. Wtedy uświadamiam sobie, że nie żyję w jakimś nudnym małym światku, ale w wielkim, pięknym i nieznanym kosmosie! Cóż za perspektywa. Miliardy lat świetlnych, miliony galaktyk i ta jedna Droga Mleczna, ten jedyny Układ Słoneczny i wreszcie malutka Ziemia, a na jej powierzchni stoi ludek, mniejszy od ziarnka piasku, z wielkimi wytrzeszczonymi oczami podziwiający – Wszechświat!
Ale niestety mieszkam w mieście, a w mieście nie ma gwiazd. Są tylko wieżowce, tramwaje, korki, bloki, kamery na każdej ulicy i ludzie otumanieni brakiem czasu.

Po powrocie do miasta staram się przez dłuższą chwilę czuć prawdziwą częścią nieskończoności. Uśmiecham się wszem wobec, ale nikt mnie nie widzi. Jakbym stał się niewidzialnym duchem chodzącym pomiędzy zapracowaną ludzkością. Nagle nie potrafię się odnaleźć. W jaki sposób wolny człowiek może być tak zniewolony błahostkami, relacjami, kwestiami społecznymi, a wreszcie okrutną walką o lepszy byt? Zaczynam patrzeć i nie wierzę, zaczynam krzyczeć, ale nikt mnie nie słyszy. Ludzie przechodzą, czasem tylko rzucą na mnie złowrogie spojrzenie.
Nagle zauważam ludzi, którzy na mnie patrzą. Grupka małych, kilkuletnich dzieci… Nie widzą zgiełku świata, nie pędzą za niczym ważnym, jedynie za liściem podskakującym na wietrze, a co chwila podskakując do góry, posyłają mi szczere uśmiechy, które mówią mi – hej, jesteśmy z tobą, widzimy ciebie, a ty widzisz nas.

Pierwszy świat, w którym się rodzimy, a dla którego warto żyć i który jest najszczęśliwszy, to świat dziecka. Czysty podmuch świeżości, jak światłość gwiazdy płynąca przez przestworza. Miłość nie do Ziemi, ale do uniwersum, zauroczenie jego pięknem, jak pięknem miłości dziecka w czystej intencji i prostocie.

środa, 15 maja 2013

Relacje międzyludzkie


Jakiś czas temu pisałem post dotyczący ludzi, którzy odnoszą sukces poprzez bycie swego rodzaju „inżynierami relacji międzyludzkich”. Jest to bardzo złożony koncept i im dłużej żyję, tym bardziej mnie on zadziwia.
Napisałem, że sukces odnoszą ludzie, którzy potrafią wzbudzić entuzjazm wśród innych. Są to osoby na tyle charyzmatyczne i przebojowe, że mogą inspirować ludzi do działania, ale zarazem odnoszące się z dystansem do siebie, świata, napełnieni wewnętrzną harmonią i skromnością.
Doskonale wiemy, że ludziom z jednej strony imponuje przebojowość, ale jednocześnie mają niechęć do ludzi, którzy obnoszą się ze swoją świetnością.

Aby ludzie mogli zaufać i podziwiać, najpierw muszą szanować daną osobę. Ale w życiu codziennym dochodzi do paradoksu, że jest jedna cecha osobowości, o której nikt nie mówi, ale wszyscy jej szczerze nienawidzą, a jest nią po prostu pycha.
To właśnie pycha jest kluczem do tej zagadki, bo choć lubimy podziwiać ludzi odnoszących sukces w jakiejś dziedzinie, to tak naprawdę nie lubimy osób, które obnoszą się z tym sukcesem. Po prostu czujemy do nich odrazę. Przecież jak często odnosimy się ze zrozumieniem do ludzi, którzy robiąc źle, uderzają się w piersi i wstydzą się swoich słabości. Ale kiedy słabość albo moc obracamy przeciw innym, np. aby poniżyć innych, a wywyższyć siebie, trudno nam będzie odnieść sukces na dłuższą metę, gdyż inni będą się od nas odwracać.

Czy nie należy się chwalić swoimi osiągnięciami i po prostu siedzieć cicho, żeby nikogo nie urazić? – zdecydowanie nie. Bycie lepszym od innych zawsze będzie powodować mieszane uczucia, zazdrość, tak jak bycie gorszym od innych wywołuje współczucie i litowanie się.
Każdy z nas jest człowiekiem, ma zalety i wady. Ludzie nie chcą czuć się gorsi od innych. Bycie najlepszym w relacjach międzyludzkich to komunikowanie się w ten sposób, aby inspirować ludzi do działania na przykładzie swoich czynów, oraz empatyczne podejście w stosunku do innych. Każdemu naturalniej przychodzi podziwianie osób skromnych i pokornych, to nie znaczy, że nie mogą być najlepsi w tym, co robią.

poniedziałek, 13 maja 2013

Czym jest wolność?

„Wolność polega na kontrolowaniu i władaniu instynktami, nie zaś na ich zaspokajaniu. Natura we mnie, jeśli jej nie otamuję, powiększy moją zależność i moją niewolę. Zaspokajając na przykład instynkt posiadania, rozgałęziam się w sieci uwarunkowań i wchodzę w system uzależnień. Natomiast zmniejszając swoje potrzeby, wymykam się z mechanizmu i dużo trudniej mniej złowić. To znaczy, że posiadam więcej, mając mniej, gdyż zachowuję swoją autentyczną osobową własność” – Kazimierz Brandys, Nierzeczywistość.

Po wczorajszej rozmowie z pewnym bardzo majętnym człowiekiem starałem się znaleźć słowa, które w kilku zdaniach ukazywałyby sedno wolności i szczęścia, w tym celu nieco przypadkiem odnalazłem słowa cytowane wyżej.
Człowiek ten – koło sześćdziesiątki – żalił się nam, że przez ostatnie 30 lat jego życie poświęcone było tylko zarabianiu pieniędzy i powiększaniu firmy. Jak mówił, rozwój jego firmy był celem samym w sobie. Kiedyś miał 6 pracowników, teraz ma 106, i tak jak pracownik może czuć się zniewolony przez pracodawcę, tak i on czuje się zniewolony przez pracowników. Ponosi odpowiedzialność za firmę, za decyzje swoich podwładnych, za kredyty, ale dopiero teraz zauważył, że im człowiek starszy, tym lepiej widzi, że prawdziwie wolny nie jest teraz, mając miliony, ale wtedy, kiedy nie miał nic, był studentem, wziął plecak i pierwszym pociągiem pojechał tam, gdzie tylko chciał.
Każdy, kto w zupełności odda się zaspokajaniu swoich potrzeb, jako drodze ku wolności, doświadczy zawodu, gdyż praktycznie wszystko, co jest dla nas dobre, może prowadzić do złego, jeśli stanie się naszym uzależnieniem. Dużo pieniędzy, doskonały posiłek, świetne wino, wielki telewizor, dostęp do internetu. To wszystko wydaje się niezbędne i może uświetniać nasze życie, ale jeśli oddamy się temu bezgranicznie, zostaniemy kolejno: smutnymi milionerami, otyłymi, alkoholikami, telemaniakami czy uzależnionymi od internetu, zniewolonymi ludźmi oddalającymi się od świata realnego, a zamykającymi się w wirtualnym.
Musimy jednak pamiętać, że wiele rzeczy, o które zabiegamy, jest naprawdę niezbędne. Jak pisał o. Jacek Salij w Dekalogu, nie jesteśmy w stanie przeżyć nawet jednego dnia bez różnorakich dóbr materialnych, bo z ich pomocą zaspokajamy nasze potrzeby biologiczne. Ale pułapką stają się one wtedy, kiedy są celem samym w sobie, bo są one tylko drogą do naszego „być”.

Żadna rzecz ani żaden grzech nie jest warty tego, żeby być przez niego zniewolonym.

Jesteśmy stworzeni do rozwoju, wręcz grzechem jest nieróbstwo, lenistwo i otępienie. Jeśli jednak pomnażanie dóbr materialnych ma służyć nie tylko nam i naszej rodzinie, ale również społeczeństwu, praca nasza nabiera zupełnie innego, fascynującego wymiaru. Robimy to nie tylko dla siebie, ale również dla innych. Jak my na co dzień korzystamy z pracy innych, tak i nasza praca powinna być moralna i być swoistą cząstką siebie, którą oddajemy światu.
Nie sztuka jest być filantropem. Oddawanie tego, czego nie możemy i tak skonsumować, jest tylko naturalnym aktem dobrej woli. Ale czymś, co leży ponad wszystkim, jest taka sytuacja, gdy – by wspomóc innych – oddajemy siebie.
Oddajemy siebie i oddajemy, co mamy, a wtedy nasze serce wypełnia się pokojem, spełnieniem i przede wszystkim wolnością!

czwartek, 9 maja 2013

Młodzież jest w porządku


„Młodzież odzwierciedla świat taki, jaki on jest. Jeśli mówimy, że młodzież jest zła, to należy dodać – świat, w którym żyjemy, jest taki, jaki prezentuje współczesna 
młodzież” – ks. dr Krzysztof Pawlina

Matury to okres koncentracji na młodym pokoleniu. Poświęciłem dzisiaj trochę czasu na przejrzenie opinii młodych ludzi na portalach i byłem miło zaskoczony. Nie mówię o obraźliwych komentarzach nastolatków na Onet.pl, chcących zwrócić na siebie uwagę, ale na portalach, na których młodzi naprawdę piszą to, co czują.
Wygląda na to, że dzisiejsza młodzież, tak jak dzisiejszy świat, jest bardzo rozdarta pomiędzy konsumpcjonizmem a minimalizmem. Z jednej strony mass media promują konsumpcjonizm i kredyty gotówkowe, ale w tak bezczelny i niesubtelny sposób, że powoduje to efekt odwrotny do zamierzonego. Każdy ma świadomość, że media kłamią, a tzw. mainstream jest szybko odrzucany przez młodych.
Mnie nie martwi fakt, że dzisiejsza młodzież utonie w świecie marketingu i konsumpcji, dlatego że można powiedzieć, iż dzieci rodzą się zatopieni w konsumpcjonizmie i sami na własnej skórze bardzo szybko mogą odczuć negatywne aspekty oddania się rozpuście. Dzieci zawsze odrzucały to, co proponuje im starsze 
pokolenie, choćby dla samego buntu i negacji.

Pamiętajmy, że to, co jest piękne w młodości, to ocenianie świata pod względem teraźniejszości, co jest powodowane małym doświadczeniem życiowym. Co się stało z wieloma ludźmi, którzy jeszcze kilka lat temu byli nieszczęśliwymi konsumpcjonistami? Wymyślili trend, który jest stary jak chrześcijaństwo, gdyż minimalizm jest jakąś pochodną średniowiecznej ascezy.
Nie ukrywam, że nie jestem minimalistą. Jestem nudnym, dorosłym, przyzwyczajonym do wygód człowiekiem. Ale z drugiej strony na każdym etapie materialnym można być swojego rodzaju minimalistą, gdyż można określić moment, w którym po prostu już nie potrzebujemy więcej.
Przytaczając wypowiedź ks. Pawliny, stwierdzić można, że są dwa nurty odniesienia do młodzieży. Z jednej strony upatrywanie wielkiej szansy w młodych, mówiąc, że to właśnie oni są naszą przyszłością, a z drugiej strony deprecjonowanie młodzieży, mówiąc, że to młodzież jest źródłem zepsucia i demoralizacji.
Ale jeśli młodzi z natury krytykują to, co powszechne (rozpasana konsumpcja), to wygląda na to, że popularność nurtu minimalistów, który właśnie się rodzi, może utworzyć swego rodzaju społeczną schizmę, podział na minimalistów materialnych oraz minimalistów duchowych. A swoistym zdrowym balansem z tych dwóch nurtów będzie nurt racjonalistów materialno-duchowych, do których chciałbym 
należeć.

Świat nie jest zły, bo młodzież, którą mamy, jest po prostu w porządku!

poniedziałek, 6 maja 2013

XI - Nie narzekaj!

Chciałbym zakomunikować swój zdecydowany sprzeciw wobec powszechnego stereotypu, że Polska to narzekający naród. Tak jak w każdym kraju, są ludzie, którzy narzekają, ale są też ludzie, którzy zajęci pracą i obowiązkami nie mają czasu narzekać. Narzekanie wśród Polaków nie bierze się wcale z beznadziei życia w naszym kraju, gdyż skądinąd uważam, że biorąc pod uwagę cały świat, Polska jest wyjątkowo przyjaznym miejscem do życia. Przede wszystkim prawie wszędzie w Polsce spotkamy bezinteresownych ludzi, którzy pomogą nam w potrzebie, nakarmią i wskażą drogę; nie wszędzie jest to normą. Nie ma co ukrywać, po prostu jesteśmy gościnni. Ileż razy wchodząc do polskiego domu na herbatkę, zostajemy przywitani suto zastawionym stołem?

Polska ma wyjątkowo przyjemny i przyjazny klimat. Oprócz powodzi, które dotykają bardzo małej części kraju, żyjemy praktycznie bez huraganów, tornad, wybuchów wulkanów, trzęsień ziemi, chorób tropikalnych, fal tsunami. Istny raj na ziemi! Ze zwierząt, które mogą zrobić nam krzywdę, występuje tylko żmija zygzakowata, która z tego, co pamiętam, jest na wymarciu. Zamiast tego mamy dużo bocianów, dzików, jeleni, danieli, zajęcy, bażantów i przede wszystkim żubrów.
W bardzo bliskiej odległości – kilku godzin samochodem – mamy dostęp do wszystkiego: do nizin, gór, pagórków, pojezierzy i wreszcie morza. Jakże tu pięknie, bezpiecznie i wszystko pod ręką!
Nie piszę tego, żeby rozpalić serca ludzi żyjących w biednym postkomunistycznym kraju, ale dlatego, że Polska jest naprawdę świetnym krajem pod każdym względem.
Ja bardzo dużo służbowo latam po Europie i z miłą chęcią przytoczę narzekania, które często zaobserwowałem:
• Szwedzi narzekają na pogodę oraz na napływ tzw. nowych Szwedów, czyli głównie emigrantów z Bałkanów i krajów muzułmańskich.
• Duńczycy – na zbyt wysokie podatki i złą pogodę.
• Niemcy twierdzą, że wszystko chyli się ku upadkowi i czasem jest aż dziwne, że tak dobrze funkcjonujący kraj może być tak źle oceniany przez jego mieszkańców.
• Francuzi zawsze zwalają winę na innych, a w szczególności na nieudolne państwo, które powinno na co dzień rozwiązywać wszystkie ich bolączki.
• Włosi narzekają na to, że cały kraj jest własnością mafii; włoska mafia narzeka, że już nie jest tak dobrze, jak było kiedyś.
• Brytyjczycy narzekają na wszystko.
• Polacy natomiast narzekają jak wszyscy, ale przy tym potrafią się śmiać absolutnie ze wszystkiego, a w szczególności ze swojego narzekania.

Mimo tych wszystkich podobieństw między narzekaniami w różnych krajach jest tutaj zasadnicza różnica. W wielu wymienionych krajach ludzie narzekają, gdyż naprawdę czują, że mają prawo narzekać. W Polsce wiele osób narzeka mimo tego, że czuje się świetnie i dobrze im się powodzi.
Ze względu na swoistą truciznę komunizmu mamy zakorzenioną skłonność do ostentacyjno-ostrożnego wyrażania się na temat własnego dobrobytu i sukcesu w obawie przed zawiścią.
Jednocześnie nasz kraj się zmienia i młode, nowoczesne pokolenie wypiera ludzi skażonych przez komunizm. Zacznijmy od siebie, a już za kilkadziesiąt lat Polacy, dumni jak kiedyś, będą cieszyli się prawdziwym i szczerym dobrobytem. Szczerze na to liczę i od razu aż chce mi się pracować!

Dodajmy „Nie narzekaj!" jako jedenaste przykazanie, dlatego że narzekanie jest niepotrzebnym zwracaniem uwagi na złe rzeczy dziejące się w naszym życiu. Lepiej skoncentrować się na rzeczach dobrych!

sobota, 4 maja 2013

Konstytucja 3 maja, wzlot przed upadkiem


W pierwszym odruchu można pomyśleć, jaki był cel uchwalania przełomowej Konstytucji 3 maja 1791 r. w kraju, który chylił się ku upadkowi? Kraje ościenne rosły w siłę, podczas gdy polska szlachta wykłócając się o swoje –  destabilizowała kraj. Dla Stanów Zjednoczonych konstytucja z 1987 r. była początkiem drogi do gospodarczego sukcesu i przedsionkiem do ery przemysłowej. Z tą właśnie myślą biłem się od rana. Czym była dla Polski?

Dopiero później przyszło do mnie olśnienie, podczas kazania młodego wikariusza, które usłyszałem w kościele.
Osoby, które zainicjowały napisanie konstytucji, były grupką kilkunastu światłych ludzi, którzy znaleźli sens i motywację, aby stworzyć fundament, który może wyjść tylko na dobre. Fundament, który podczas zaborów żył w sercach naszych przodków, wierzących wbrew wszystkiemu w wolną Polskę. Może gdyby nie konstytucja, nie byłoby tak wielkiej wiary w możliwość odzyskania niepodległości, a teraz bylibyśmy tylko województwami naszych sąsiadów? Było to całkiem prawdopodobne.

Ale po co nam Polska? Przestarzały patriotyzm i walka za ojczyznę w pięknym zglobalizowanym świecie?
Ja jestem szczerze wdzięczny Polakom, którzy walczyli o niepodległość, gdyż przynależę do kraju, z którego jestem dumny. Kraju, który nie powinien istnieć, gdyby nie wiara i upór w dążeniu do celu wielu tysięcy naszych rodaków, a już to czyni go wspaniałym. Dzięki tym właśnie ludziom teraz możemy cieszyć się przynależnością do tradycji i kultury i po prostu żyć wśród swoich.

Ale powróćmy do globalizacji i rozwoju. Czy właśnie to nie jest przyszłością?
Jestem zwolennikiem rozwoju, pod jednym warunkiem – że jest to zmiana na lepsze. Niestety zmiany, które dzieją się na świecie, nie idą tylko ku lepszemu. Możemy czerpać z wszystkich dobrodziejstw czasów współczesnych, ale nie wymieniajmy tysiąca lat kultury i tradycji na modne nowinki, które dopiero co ujrzały światło dzienne.
Moda jest jak tanie piwo – szybko się starzeje. Tradycja jest jak dobre wino, tworzy się bardzo powoli, ale trwa wiecznie i powraca w świetności. Moda kojarzy się z nowością i ulotnością, tradycja – z pokorą i wiecznością.


czwartek, 2 maja 2013

Biedna demokracja


Pojęcie „demokracja” pochodzi od starogreckiego słowa oznaczającego „rządy ludu”. W teorii jest to wspaniały ustrój polityczny, który pozwala wszystkim obywatelom kierować danym państwem.
Jak to bywa w życiu, praktyka ma często mało co wspólnego z teorią. W praktyce, aby zostać politykiem i utworzyć partię, która wejdzie do rządu, musimy zorganizować pieniądze, ewentualnie sponsorów na sfinansowanie działalności partii i przede wszystkim na kampanię wyborczą.
Tak więc czy każdy może rządzić? Nie, bo rządzić może tylko ten, kto ma pieniądze. Ale czy majętność danego polityka będzie wprost proporcjonalna do jego zdolności do prowadzenia państwa i uchwalania ustaw, które będą służyły jak największej liczbie osób? Niestety nie ma tutaj powiązania.
Oczywiście ktoś mógłby rzec, że każdy może zostać posłem, z tym się zgodzę. Ale wchodząc do rządu, będzie tylko marionetką w rękach liderów partii. Ludzi, którzy aby zdobyć finansowanie, są łatwo lobbowani przez ludzi biznesu, którym zależy na ustawach ułatwiających zarabianie im więcej pieniędzy.
Dla przykładu: Polska do dziś nie wypracowała jednej spójnej ustawy antylobbingowej. Niestety bez niej nie można zmniejszyć wpływu grup biznesowych na rządzenie państwem.

W demokracji istniejącej w dzisiejszym świecie nasza decyzyjność ogranicza się do popierania premiera albo lidera opozycji. Nie mówię tutaj o Polsce, gdyż schemat powtarza się prawie w każdym demokratycznym kraju. Wybór pomiędzy pójściem w prawo lub w lewo. Jednak każdy, kto chodził, wie, że człowiek może obrać tysiące różnych kierunków, w zależności, w którą stronę się obróci. Jakbyśmy się czuli, gdybyśmy w naszym codziennym życiu mogli chodzić tylko w lewo albo tylko w prawo? Bylibyśmy jak narysowany pajac na dwuwymiarowej kartce papieru. Na nieszczęście nasza demokracja ma tyle wspólnego z własnym wyborem co dziecko, któremu dajemy albo zielonego, albo czerwonego lizaka. Wydaje mu się, że ma wybór, i taki ma być efekt, ale w praktyce to rodzic, a nie dziecko, rządzi i podejmuje decyzje.
Dużo bardziej przejrzyście wyglądałaby polityka, w której nie byłoby progów wyborczych, a rząd składałby się z kilkunastu, kilkudziesięciu mniejszych partii politycznych, które wspólnie wypracowałyby ustawy i reformy przyczyniające się do długoterminowego rozwoju kraju. Polityka nie potrzebuje polityków, tylko specjalistów we wszystkich dziedzinach, gdyż państwo jest po prostu jednym dużym przedsiębiorstwem.