Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Filozofia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lipca 2013

Każdy ma w sobie Geniusza

Będąc dzieckiem, nigdy nie byłem systematyczny. Byłem chaotyczny, zamyślony, zwariowany i wierzyłem, że moja wrodzona inteligencja pozwoli mi łatwo przejść przez 16 lat nauki. Byłem w błędzie.

Jak się możecie domyślać, moje frywolne podejście do nauki, tzn. odrabianie zaległości kilka tygodni przed końcem roku, kończyło się tym, że często miałem albo jedynki, albo piątki. No chyba że z takich przedmiotów jak wiedza o społeczeństwie, religia, historia czy język polski. Tutaj pasja i zaciekawienie przedmiotem pomagało mi utrzymać dobre oceny, ale do rzeczy… Sytuacja zmieniła się dopiero w ostatniej klasie liceum, w której z dnia na dzień stwierdziłem, że stosując moje dotychczasowe zasady, nic nie osiągnę. Bez ciężkiej pracy nieważne, kim jestem, nic nie osiągnę.
Czy urodziłem się geniuszem? Oczywiście, że nie. Czy Einstein albo van Gogh urodzili się geniuszami? Oczywiście, że nie. Mieli za to w sobie pierwiastek geniuszu, który jest w każdym z nas, a dopiero ciężka praca, sumienność i wieloletni rozwój oraz determinacja spowodowały, że w końcu usłyszał o nich świat.
Pomimo że przez prawie cały XX wiek ludzie wierzyli w stałość inteligencji, to kilka lat temu nawet człowiek, który wymyślił testy na inteligencję IQ, Alfred Binet, zmienił zdanie i przekonał się, że inteligencja nie jest stałą wrodzoną cechą, ale jest czymś zmiennym. To znaczy, że osoby z niskim ilorazem inteligencji mogą rozwinąć skrzydła i stać się kimś wyjątkowo inteligentnym, jednocześnie osoby bardzo inteligentne, jeśli spoczną na laurach, staną się zwyczajnie przeciętne.

Znam ludzi, którzy całe swoje życie poświęcają na udowadnianie sobie i innym swojej wyższości. Nie mówię o ludziach chwalących się swoimi szlacheckimi korzeniami, ale o tych, którzy gdzieś w podświadomości czują, że są lepsi. Sprytniejsi, mądrzejsi, z nieograniczonym intelektem, a poprzez poniżanie innych chełpią się swoim rozdmuchanym ego. W zasadzie wydawałoby się, że jest to cecha ludzi odnoszących największe sukcesy, ale czy aby na pewno?

Rzeczywiście tak się dzieje, jeśli taka osoba odnosi sukcesy, które są jednoczesnym dowodem na jej wyższość pośród innych. Ale co dzieje się z tym osobnikiem, jeśli poniesie spektakularną porażkę?

Jak pisze pani Carol Dweck w swojej książce o sukcesie, może nauczy się na błędach i wyciągnie wnioski? Może popadnie w depresję? A może stwierdzi, że jest zwyczajnym nieudacznikiem. Bo jeśli wierzę w swoją wyższość nad innymi, to tylko poprzez sukcesy mogę się spełniać. Jeśli życie zacznie kłuć jak kolce róż, to nagle okaże się, że zostaje się po prostu NIKIM. Samotną osobą, której się nie powiodło, która jest po prostu do kitu.

Nie ukrywam, że znam kilka takich osób i są to ludzie bardzo trudni do zniesienia. Gdy im się powodzi, są tak zapatrzeni we własny majestat, że słuchają tylko swoich myśli, a zamykają się na uwagi innych, gdy natomiast źle im się wiedzie, izolują się od swoich znajomych i popadają w ruinę.

Przez pewien okres życia również wierzyłem, że jestem z natury lepszy od innych, co jest po prostu bzdurą. Teraz natomiast mogę powiedzieć, że sam człowiek jest istotą wielce wyjątkową, a ja jestem po prostu zwyczajnym człowiekiem… Zdolnym do wszystkiego, ale również zdolnym do niczego.Ale tak jak Tobie, tak i sobie życzę osiągnięcia spektakularnego zwycięstwa, aby udowodnić coś całemu światu. Nie to, że osiągnąłem wiele, bo jestem urodzonym nadczłowiekiem, ale by pokazać, jak wiele może osiągnąć zwyczajny człowiek, który ma wielką wiarę w to, że ciężką pracą, rozwojem i nauką możemy osiągnąć niemal wszystko. Bo każdy z nas ma w sobie coś… Z Geniusza.

środa, 10 lipca 2013

Jaki jest mój los?

Pewien człowiek powiedział mi, że Polacy opierają swoje relacje na dzieleniu się swoimi nieszczęściami. Jeśli ktoś jest nam naprawdę bliski, to będzie to doskonała osoba do zwierzenia się, wylania swoich frustracji, zmartwień, w zamian otrzymujemy serię sprawozdań z cierpień drugiej osoby i oboje upajamy się w swoim nieszczęściu.

Jest to na pewno podejście kulturowe, które wykształcało się przez wiele wieków. Chciałbym zauważyć w nim same minusy, ale niekoniecznie, gdyż współczucie jest potrzebnym i bardzo ludzkim uczuciem.

Niestety nie jesteśmy w stanie tego wyważyć. To znaczy z jednej strony narzekamy na życie, z drugiej strony narzekamy na los i nie przypisujemy sobie sprawczości. Czy możemy poddać się losowi? Czy wszystko naprawdę jest zapisane w kartach, a my jesteśmy tylko aktorami odgrywającymi przydzielone nam role na podstawie jednego niepodważalnego scenariusza?

Często jest tak, że osoby głęboko wierzące praktycznie wszystko, co się dzieje w ich życiu, przypisują Bogu. Wszystkie szczęścia i nieszczęścia. Ja szczerze wierzę w ingerencję Ducha Świętego na ziemi, co jednoznaczne jest z boską ingerencją, ale zastanawia mnie, czy Bóg, który dał nam wolność wyboru, wolną wolę do wybierania dobra i zła, chciałby nas ubezwłasnowolnić przez przypisanie jednego planu działania na całe nasze życie. Szczerze w to wątpię.

Ale co się dzieje z ludźmi, którzy całą sprawczość przypisują losowi? Albo się uda, albo się nie uda – nie mam na to wpływu. Ludzie ci przestają kontrolować swoje własne życie, nie przywiązują wagi do wielkiej, niesamowitej mocy naszych decyzji, naszych wizji i wyborów. Zamiast tego narzekają na los, na wpływ innych: polityków, burmistrzów, księży, rodziców, dziadków, a nawet na czary wróżki z Polsatu.

Miałem epizody w moim życiu, w których wierzyłem w to, że tak naprawdę nie mamy wyboru. Ale chwileczkę. Jeśli idę ulicą, a ktoś mi zechce włożyć nóż w brzuch, to choć nie ma do tego prawa, to może to w każdej chwili to zrobić. Na świecie żyje obecnie trochę ponad 7 miliardów ludzi i przecież w każdej chwili każdy może zrobić, co tylko zechce!

Wystarczy włączyć programy informacyjne i dokładnie widać, że wiele osób robi po prostu to, na co ma ochotę. Zabije sąsiada, zgwałci dziecko, podłoży bombę w metrze. Jeśli wszystko jest zapisane w kartach, to pytam się: kto, do cholery, napisał taki scenariusz?

Po wielu latach namysłu stwierdzam, że to, co się dzieje na ziemi, jest wypadkową kilku sił: siły natury, siły ludzkich decyzji oraz siły działania dobrych duchów i duchów złych przede wszystkim. Dlatego z jednej strony to, co robimy, jest wielce zależnie od podejmowanych przez nas decyzji, ale są ponadnaturalne aspekty, które czasem zmieniają bieg wydarzeń.

W moim życiu wszystko to, co robię, opieram przede wszystkim na mocy, którą otrzymuję od Boga. Wierzę, że ma On wielki wpływ na to, co się ze mną dzieje. Ale jest to trochę jak z dzieckiem uczącym się jeździć na rowerze. Dziecko może jechać samo, może wjechać na kamień, wjechać w dziurę lub do jeziora. Ale jest z tyłu drążek, które możemy oddać Panu Bogu albo możemy oddać diabłu. Jestem panem własnego losu, ale kiedy mój rower się przewraca i kaleczę swoje ciało, dobry Bóg wyciąga rękę, by mnie podnieść. Tak było zawsze.

sobota, 6 lipca 2013

Świat bez własności

„Imagine no posession…” John Lennon

Czy potrafisz sobie wyobrazić świat bez własności prywatnej? Każdy pracuje dla społeczeństwa i każdy dzieli się tym, co ma? Piękne w teorii, ale niestety przerażające w konsekwencjach w praktyce. Taki dylemat pod koniec XIX wieku miało wielu myślicieli i wielu z nich uwierzyło, że socjalizm może być najlepszym systemem politycznym, bo jest oparty na równości. Ale równość to utopia. Ludzie nie są ze sobą równi, pod żadnym względem, nawet samego rozmiaru… Jakże nudny i przewidywalny byłby świat, w którym wszyscy byliby jednakowi!

Równość jest nieskazitelną ideą, którą można karmić masy, ale na każdym kroku widzimy, że w każdym systemie politycznym nierówności społeczne są czymś zupełnie normalnym. Czy to znaczy, że mimo to powinniśmy dążyć do socjalizmu, aby wszyscy ludzie byli równi, dzielili się tym, co mają, i czerpali z niekończących się źródeł dobrobytu? NIE.

Idea ta może się sprawdzić tylko i wyłącznie w innej rzeczywistości, jeśli ludzie byliby jak mrówki podporządkowane jednemu królowi i bez namysłu pracowaliby 12 godzin dziennie, a przede wszystkim jeśli nie byliby zazdrośni, chciwi i zachłanni. Na Ziemi, wśród ludzi jest zupełnie inaczej. Są ludzie, którzy nie chcą pracować w ogóle, a są tacy, którzy poza pracą nie mają życia. Sprawiedliwością więc wydaje się rozdzielić pomiędzy nimi dobra w odniesieniu do ich wkładu pracy. Jest wiele innych aspektów sukcesu, takich jak błyskotliwość, zapobiegawczość, przywidywanie przyszłości. Ludzie, którzy posiadają te cechy, naturalnie będą mnożyli pieniądze niewspółmiernie szybciej niż zwyczajni robotnicy w fabryce.

Ale co pozostaje mi, jeśli jestem biednym pracownikiem fabryki, który oprócz małego mieszkanka w bloku nie może sobie pozwolić w zasadzie na nic więcej? Ludzie fiksują się na tym, że ich życie nie ma sensu, bo nic nie mają, ale zapominają o tym, że korzystanie z życia jest niczym innym jak korzystaniem z dobrodziejstw, które są nam dostępne.

Wczoraj jadąc samochodem, widząc parki, pola, jeziora, lasy… myślałem sobie, jak wiele świata jest dostępne dla wszystkich. Jako obywatele możemy sobie godzinami chodzić po lesie, zbierać grzyby, jeździć przez cały weekend na rowerze, chodzić na spacer do parku. Odwiedzać przyjaciół, odwiedzać rodzinę, korzystać z tego, co oni mają. Mamy dostęp do bibliotek, do setek lat mądrości spisanej na milionach stron… Już praktycznie każdy może mieć dostęp do internetu, telewizji, radia itp.

Jak to jest, że biedni ludzie siedzą przed telewizorem i narzekają, że życie jest do dupy, bo na nic ich nie stać? A jednocześnie bardzo bogaci ludzie jeżdżą na rowerze, biegają i uprawiają całe mnóstwo sportów, które nie kosztują nic!

Nie oszukujmy się, korzystanie z życia jest również kwestią pieniędzy. Ale bardziej nic cokolwiek jest kwestią mentalną, kwestią nastawienia do życia i chęci bycia aktywnym, uśmiechniętym i pomocnym dla innych.

Polacy nie cierpią na ubóstwo. Polacy cierpią na chorobę zwaną chciwością. Chcemy więcej i więcej, i więcej! Bo inni mają więcej. Bo w reklamie mają więcej. Bo jesteśmy pyszni, samolubni i egoistyczni. Tak wiele mamy, a więcej pragniemy. Jak mamy więcej, to chcemy jeszcze więcej.

Zamiast korzystać z piękna przyrody, z szumu lasu i śpiewu ptaków, słuchamy debilnego radia, które mówi nam o wszystkich tragediach, które dzieją się na całej ziemi. ALE PO CO?

Co my robimy? Idziemy do pracy, wracamy i pieprzymy naszą rzeczywistość poprzez naświetlanie się milionami impulsów, które nam wmawiają, żeby zrobić wielką karierę. To znaczy poświęcić swoją rodzinę i przede wszystkim zdrowie, żeby zarobić dużo kasy. Po to, żeby później wydać tę samą kasę na odzyskanie zdrowia, którego już nie odzyskamy…

poniedziałek, 1 lipca 2013

Sądź, a będziesz sądzony!

Ludzie uwielbiają osądzać innych, rzadziej osądzają siebie, ale jest to całkiem naturalne ludzkie zachowanie. Całkiem ironicznie często osądzamy u innych to, czego nie lubimy u siebie.

Tzn. że każdy z nas ma swoje słabości i jeśli spojrzymy na 7 grzechów głównych: pycha, chciwość, zazdrość, gniew, nieczystość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu oraz lenistwo, okaże się, że po prostu każdemu pod słońcem zdarza się ich doświadczać.

Najważniejsze, żeby być świadomym swoich słabości. Trochę jak z nazywaniem swoich emocji, rozpoznawaniem ich po to, aby móc się od nich uwolnić. Jeśli się strasznie na kogoś gniewam, w tym momencie moje całe ciało i umysł doświadcza emocji gniewu. Muszę jak najszybciej oddalić od siebie ten gniew, gdyż szkodzi on mojej relacji z tą osobą, a przede wszystkim wyniszcza mnie od środka.

Teraz wróćmy do innych słabości. Jeśli, dajmy na to, ktoś nienawidzi u siebie bycia zazdrosnym, będzie on zwalczał osoby zazdrosne. Jeśli nie lubimy u siebie lenistwa, to będziemy oceniali i krytykowali ludzi za bycie leniwymi. Wygląda to tak, jakbyśmy zwalczali te cechy u innych, żeby oddalić je od siebie.

Zabawne jest to, jak ludzie oceniają innych. Proszę powiedzieć mi, gdzie leży granica pomiędzy chciwością a oszczędnością. Gdzie się kończy człowiek beztroski, a zaczyna leniwy? Myślę, że ta granica leży tak blisko, iż ta sama osoba przez jednego nazwana oszczędną, przez drugiego zostanie nazwana skąpą!

Podobnie rzecz odnosi się do bycia pysznym. Czym rożni się pycha od zwykłej pewności siebie i wiary w swoje możliwości? Nic nie wydaje się tutaj białe lub czarne, a wygląda na całą paletę szarości.

Żeby ukazać absurd możliwości oceny przez innych, pomyślmy sobie, że nawet osoba nieskazitelnie skromna… W głębi serca może wręcz chorobliwie pysznić się swoją… skromnością. ;-)

niedziela, 23 czerwca 2013

Śmierć początkiem życia


Napisałem kilka dni temu: Ale czy powinniśmy bać się śmierci? Przecież mówiono dawniej: „Jeśli ja jestem, to śmierci nie ma, a jak jest śmierć, to nie ma mnie”. Jak napisałem w pierwszym wpisie na tym blogu – życie zawsze nas zaskoczy.
Jeszcze kilka dni temu myślałem, że wręcz mijamy się ze śmiercią, jakby był to tylko moment przejścia.W zeszłą sobotę pojechałem pożegnać z moim najdroższym dziadkiem – Józefem.
Był już w stanie agonalnym, nie mówił, ale miałem z nim jeszcze kontakt. Wspólnie trzymaliśmy się za ręce, a On trzy razy mnie pobłogosławił. Strasznie cierpiał, jego twarz nie przypominała już mojego Dziadka sprzed kilku dni. Na jego twarzy widziałem śmierć. Dlatego zamknąłem oczy, ścisnąłem Jego rękę, przytuliłem i słuchałem Jego oddechu.Odmówiłem powoli modlitwę, a przy odmawianiu „Zdrowaś Maryjo”, mówiąc ostatnie trzy słowa, krew uderzyła mi do mózgu i wręcz sparaliżowała mój cały organizm. Wnet zrozumiałem, że to jest ten czas… Nie krótka chwila i koniec, ale wielodniowe męczarnie, w których w żaden sposób nie jesteśmy w stanie pomóc.
Powiedziałem mu: „Jesteś najlepszym dziadkiem na świecie, będziesz w Niebie. w Raju”. On spojrzał na barwne, białe obłoki wirujące po przepięknym błękitnym niebie, które było widać za oknem…pokiwał głową z niedowierzaniem… chociaż moją pierwszą interpretacją było… zwątpienie.
Mój dziadek był dla mnie największym autorytetem moralnym i duchowym. Nauczył mnie miłości do Polski, gdyż całą młodość spędził na walce o wolność. Jestem dumny, że towarzyszył mi przez całe moje życie, a ja towarzyszyłem mu przy końcu jego ziemskiej drogi. Był odważny, surowy, ale jednocześnie bardzo dowcipny, ironiczny i oddany. Żył bardzo blisko Boga, ale teraz jest u Boga. Zmarł 20.06.2013 r. o godz. 9 rano. Spokój jego duszy. Odszedł piękny człowiek. 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Uczciwość i obłuda

Pewna moja sąsiadka powiedziała mi kilka dni temu: „Proszę pana, musi pan uważać na ludzi, którzy ciągle mówią o uczciwości. Ci, którzy ciągle o tym mówią, są zazwyczaj najbardziej nieuczciwi”. Przytaknąłem ze zrozumieniem, ale dopiero później zacząłem analizować te słowa.

Wydaje mi się, że wiem, w jakim kontekście i w stosunku do jakiego rodzaju osób były wypowiedziane. Rzeczywiście przypomina mi się typ osoby, która wręcz chlubi się swoją sprawiedliwością i uczciwością, a w rzeczywistości robi zupełnie na odwrót. Ale zastanówmy się, czemu nieuczciwi ludzie mówią o sobie, że są wzorem uczciwości. Właśnie po to, żeby się zakamuflować, nałożyć maskę, pod którą kryje się zupełnie inna twarz. Mówienie o uczciwości rzeczywiście może uśpić naszą czujność. Ale przecież ta sama osoba mówiąca o swojej nieuczciwości byłaby uznawana za uczciwą i samokrytyczną jednostkę, znającą swoje wady i… będącą ich świadoma.

Teraz spójrzmy na ten problem od innej strony. Jeśli jest osoba, która swoim postępowaniem przede wszystkim ukazuje swoją uczciwość, to czy haniebne jest dla niej wspominać o tejże uczciwości? Myślę, że nie.

Ludzie mają tendencję do mówienia o rzeczach złych. Wczoraj poświęciłem chwilę na przefiltrowanie sieci w poszukiwaniu blogów podobnych do mojego. Poza kilkoma bardzo inspirującymi blogami chrześcijańskimi wszystkie inne tzw. blogi o życiu były naszpikowane bólem, cierpieniem i ogólnym poczuciem beznadziejności. Ludzie znajdują w tym swoje ukojenie. Jak mówił znany amerykański mówca Ziggy Ziglar, ludzie, którzy przychodzą do ciebie z jakimś problemem, bardzo rzadko szukają rozwiązania tego problemu. Zazwyczaj jest to rodzaj zwrócenia na siebie uwagi, na swoje kłopoty, cierpienia, smutki itp.

Ja wyznaję inną teorię: otóż w świecie zawsze zobaczymy to, co chcemy zobaczyć. Kilka dni temu wyszedłem na ulicę i szukałem cierpienia – znalazłem je wszędzie. Biedne dziecko żebrzące pod kościołem, bezdomny przeszukujący śmietnik w poszukiwaniu puszek, sfrustrowana matka krzycząca na swoje dzieci, pijany młody chłopak pod sklepem. Skoro szukałem zła, to zło znalazłem.

Ale na co dzień nie szukam zła, bo zło jest nie nie trzeba go szukać, wyszukuję dobra, wyszukuję piękna, wyszukuję braterstwa i miłości. Wiosna sprzyja miłości. Widziałem dzisiaj piękną parę nastolatków siedzących na ławeczce, wpatrzonych w siebie z taką pasją, że gwarantuję, iż nie zauważyliby słonia przechodzącego obok i tryskającego na nich wodą z trąby. Nie widzieli nic oprócz swoich oczów wpatrzonych w siebie.

Oderwałem od nich wzrok i przeniosłem go dwie ławki dalej. Siedziała na niej uśmiechnięta starsza kobieta. Z subtelnym, delikatnym uśmiechem przebierała w ręce listki z drzewa klonowego – takie, które dzieci przylepiają sobie do nosa! Na pewno właśnie o tym myślała. Pamiętała, jak będąc kilkuletnim dzieckiem, biegała z listkiem przyczepionym do nosa, wolna jak ptak.

Dłuższa chwila zawieszenia i słyszę śmiech dwóch przyjaciółek w wieku gimnazjalnym. One także były tylko dla siebie i komentowały coś, chichotając wniebogłosy.

Jeszcze raz: Widzimy to, co chcemy widzieć, na tym chcemy się koncentrować.

Wracając do mówienia o uczciwości: Czy podobne porównanie mógłbym zastosować do np. mądrości? Jak by brzmiało zdanie: „Ludzie mówiący o mądrości są głupcami” albo „Ludzie mówiący o miłości do innych tak naprawdę wszystkich nienawidzą”? Jak widać, chyba moja sąsiadka nie miała racji. Warto jest mówić o rzeczach dobrych, o uczciwości, przyjaźni i miłości. Nie mówiąc o tym, te słowa wręcz ulotnią się z naszego słownika, a to jest dopiero smutna perspektywa.
Oczywiście zdarzy się, że czasami możemy zostać oszukani, ale nie stanie się to, jeżeli spełniony zostanie jeden warunek – jeśli czyjąś uczciwość będziemy oceniać na podstawie czynów.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Śmierć pięknych

Budzisz się rano, pada deszcz. Stukające krople wody przyciągane przez wielką Ziemię walą w dach. Szaro, buro, ponuro i sfrustrowani ludzie na ulicach. Przeszedłem się wokoło i wszędzie zauważyłem frustrację ludzi zdenerwowanych dniem. Nagle trzask! Wielki trzask! To silny jasny piorun na niebie rozbijający marazm sfrustrowanych deszczem.

Spojrzałem w górę i pomyślałem o śmierci, bo przecież pomimo że pioruny są piękne, mogą zabić Cię w każdej chwili.

Nieprzypadkowo porównałem piorun do śmierci, bo obie te rzeczy mają w sobie wielką tajemnicę, przychodzą niespodziewanie, a za chwilę już ich nie ma, dopóki znów nie uderzą. Ale czy powinniśmy bać się śmierci? Przecież mówiono dawniej: „Jeśli ja jestem, to śmierci nie ma, a jak jest śmierć, to nie ma mnie”.

Przeczytałem ostatnio cytat Steve’a Jobsa, multimilionera z Apple, który powiedział kiedyś, że tym, co dawało mu niesamowitą siłę do działania, do ciężkiej pracy, do przekraczania własnej strefy komfortu i wspinania się na wyżyny, była właśnie śmierć! I mówił to znacznie wcześniej, zanim zdiagnozowano u niego nowotwór. Chodzi o to, że wszystkie najgorsze rzeczy, jakie możemy wywołać przez swoje działanie, są niczym w obliczu śmierci. Strach niepowodzenia, wyśmiania, skompromitowania, porażki – to wszystko nic nie znaczy w odniesieniu do śmierci, która czyha, będąc naszym cieniem, i może uderzyć w każdej chwili.

Nawiązując do ostatniego wpisu Czas to iluzja, nie znaczy to, że nie mamy czasu, bo śmierć może przyjść w każdej chwili. Wręcz odwrotnie, mamy mnóstwo czasu, gdyż możemy działać, spełniać siebie i swoje marzenia, bo w strefie geniuszu prawdziwa śmierć nie przyjdzie nigdy. W pewnym momencie przyjdzie ta godzina, moment, w którym Pan Bóg zaprosi nas do siebie, i przejdziemy do lepszego świata, za którym powinniśmy tęsknić, ale nie powinniśmy się go bać.


Obiecuję sobie, że nie będę bał się wykorzystywać moich talentów, będę wytrwale dążył do rzeczy wielkich, bo to jest ten moment, ten czas, żeby dobrocią przekazaną innym rozpalić serca tych, którzy zostaną na ziemi, podczas kiedy nas już nie będzie.

piątek, 7 czerwca 2013

Czas to iluzja

„W odróżnienia od Króla, który nie był ubrany w nic, czas jest niczym ubranym w szaty. Można opisać jedynie te szaty” – Julian Barbour, Koniec czasu

W powyższym cytacie Barbour nawiązuje do znanej baśni H.Ch. Andersena, ale nie o baśni chciałbym dziś napisać, lecz o czasie!

Najczęstszym narzekaniem, które słyszę od ludzi, jest to, że „na nic nie mam czasu”. Niedawno temu napisałem tekst pt. Rynek – niewidzialny potwór rządzący światem. Dzisiaj chętnie nadałbym tekstowi tytuł Czas – niewidzialny potwór rządzący ludźmi, oczywiście ironicznie dobierając słowa, bo jak może rządzić nami coś, co jest efektem naszych poczynań – to nielogiczne.

Mam ochotę zadać wtedy pytanie: jeśli jesteś tak ubezwłasnowolniony przez czas, to czym dla ciebie jest czas? Poproszę definicję.
Czas naprawdę to tylko iluzja, to tylko narzędzie do opisywania relacji przyczynowo skutkowych. Pomimo że minęło prawie 300 lat od śmierci Izaaka Newtona, wszyscy żyją nadal w absolutnym pojęciu czasu, i to wydaje się, że jeszcze bardziej absolutnym i niepodważalnym niż kiedykolwiek wcześniej. Czas to czas! – tykający zegarek, absolutnie i bezwzględnie aż do śmierci. Nie zapominajmy jednak, że na początku XX wieku młody, 26-letni fizyk imieniem Albert udowodnił nam, że czas jest względny, tzn. płynie albo szybciej, albo wolniej w zależności od prędkości obserwatora, grawitacji itp.

Nie omieszkam tu przytoczyć słynnego paradoksu bliźniąt, nie wgłębiając się w układ inercjalny tychże bliźniąt, ale jedynie w kwestie upływu czasu. Załóżmy, że rozdzielilibyśmy braci bliźniaków, z których jeden zostałby na Ziemi, a drugi rakietą wyruszyłby w kosmos z prędkością 75% prędkości światła. Po 12 latach brat kosmonauta wróciłby na Ziemię. Okazałoby się, że bratu kosmonaucie przybyło tylko 8 lat, a nie 12, czyli byłby 4 lata młodszy od swojego brata bliźniaka. Powodem tego jest fakt, iż – w uproszczeniu – według teorii względności Einsteina czas płynie wolniej, im bliżej nam do prędkości światła. Co dzieje się potem, czy czas staje? Prawdopodobnie nie, ale na pewno wydarzyłoby się coś niesamowitego.

Dziś po śniadaniu, zamiast pójść do pracy, gdzie mój czas leci jak rozpędzony pociąg TGV (teżewe), ze względu na ostre przeziębienie zostałem w domu, który nagle pod nieobecność dzieci stał się dla mnie miejscem nieznanym. Cisza, spokój, ćwierkające ptaki za oknem. Wystarczyło zostać w domu, żeby w moim odczuciu czas drastycznie zwolnił. Przez każdą minutę przelatywały mi jakby setki myśli, dziesiątki spojrzeń, mrugnięć, które przez chwilę z ciekawości zacząłem liczyć. Liczyłem je całą wieczność, doliczyłem do 30 i zegar wskazywał tę samą minutę!

Po chwili przeleciała obok mnie mucha, wolno niczym wojskowy patrol lotniczy latała dookoła. Ależ ten czas się ciągnie, pomyślałem, gdybym nie miał przy sobie zegarka, zdecydowanie stwierdziłbym, że czas po prostu stanął w miejscu.

Te przykładowe kilka minut z czasu spędzonego w ciszy bez żadnych bodźców ukazują to, co Einstein stwierdził już w 1905 r. – czas jest względny, a nie absolutny! Jeśli tak jest, to znaczy, że dysponujemy nieograniczoną ilością czasu, dlatego że to my jesteśmy jego źródłem. To my tworzymy czas przez nasze interakcje ze światem i musimy w ten sposób o tym myśleć.

Co się wydarzy, jeśli zaczniemy żyć czasem względnym? Przestanie nam go brakować, bo dopóki żyjemy, dopóty jest on niewyczerpany. Będziemy świadomi, że czas może być jak wspomniany wcześniej pociąg. Może gnać jak francuskie TGV nawet 500 km/h, ale może zwolnić do 1 km na dobę, tak że ludzkim okiem nie zauważymy nawet, iż się rusza, ale to my go kontrolujemy!


Jeśli już wiesz, że to Ty razem ze światem tworzysz czas, może w końcu uwierzysz, że możesz zawładnąć tym potworem, bo sam codziennie dokonujesz wyborów, wszystkie Twoje decyzje są po prostu szatą. Szatą, której nie tworzy niewidzialny król, ale Ty, co chwilę, siłą swoich decyzji!

Następnym razem, jeśli ktoś powie Ci, że nie ma czasu, proszę, zacytuj mu Normana Peale’a, amerykańskiego speca od pozytywnego myślenia, który niegdyś powiedział: „Jedyną osobą, która nie ma czasu, jest ta 10 metrów pod ziemią”.

wtorek, 4 czerwca 2013

Piękny człowiek


Dzisiejszy dzień okazał się zderzeniem z rzeczywistością, ale nie o tym będzie ten wpis. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się dzisiaj, czy po prostu nie wylać całej goryczy i nie zacząć narzekać.Ale w jakim celu? Przecież to pójście na łatwiznę, dlatego dziś napiszę o… pięknie.
Siedzę właśnie w kafejce w centrum Sztokholmu,wśród urzekających starych kamienic,niezniszczonych żadną wojną, i pięknych wszechobecnych fontann. Ale nie interesują mnie cegły, tylko ludzie.
Już dawno nie widziałem tylu kanonów piękna wśród tak różnych ludzi. Przypomina mi to Nowy Jork lub Londyn, ale inaczej, bo zamiast zachodniego kiczu pachnie to północną oryginalnością.
Gdy pisałem o skandynawskiej oryginalności,przeszedł koło mnie czarnoskóry, bardzo wysoki mężczyzna w wielkich przeciwsłonecznych okularach, w brązowej sutannie, jakby żywcem wyjęty z polskiego zakonu. O tym właśnie chciałbym napisać.
Przez wiele stuleci kanony piękna były dopasowane do epoki. Dla przykładu – kobiety w bardzo dawnych czasach kojarzyły się głównie z reprodukcją i macierzyństwem, dlatego piękne były kształty i ubiór podkreślający cechy z tym związane. W starożytnym Egipcie furorę robiły smukłe sylwetki, a także całkowicie wygolone kobiece ciała. Również głowy.Ascetyzm średniowiecza natomiast promował chude kobiety, które przez swoją aseksualność wtapiały się w trendy tej epoki (myśli te zapożyczyłem z pewnego bloga, którego niestety nie mogę już namierzyć).
A czym jest piękno dzisiaj? Dziś mamy tyle kanonów piękna, ilu ludzi na tej planecie. Nie ma jednego niepodważalnego wzorca, który by królował. Nawet największe gwiazdy i celebryci są przez jednych uwielbiani, a przez innych – odrzucani.
W dzisiejszej rzeczywiści piękna jest różnorodność.
Właśnie dzisiaj natknąłem się na przepiękną paręmłodych ludzi, którzy tak zachwycili mnie swoją odmiennością, że aż stanąłem z podziwem naprzeciw nich, a oni spokojnym spojrzeniem patrzyli na mnie jakby w zawieszeniu.
Oboje mieli bardzo ładne smukłe twarze, długie brunatne dredy, kolczyki i ubrania, które poprzez ściśnięte ręce zlewały się w uniwersalną jedność.Wow. Byli definitywnie piękni. Nie dla mnie i dla świata, ale na pewno dla siebie.

niedziela, 19 maja 2013

Życie we wszechświecie- dwa światy

Gdy zastanawiam się nad swoim istnieniem, mogę je podzielić na dwa światy. Pierwszy jest światem człowieka jako części wielkiego kosmosu, drugi natomiast jest światem człowieka żyjącego na Ziemi – płaskiej Ziemi. Czasem wchodzę w cykl wielu tygodni życia w płaskim ziemskim świecie. Wstaję rano, myję zęby, jem śniadanie, idę do pracy zarabiać pieniądze, rozmawiam z ludźmi, jem obiad i idę spać. Żyję tak, jakby nasz ziemski świat był odizolowany od reszty wszechświata. Jakby ludzie żyli niczym małe mrówki w kopcu, zapominając, że są częścią nieskończonego wszechświata – nie tylko małego kopca.

Nie ukrywam, że zazwyczaj całkiem nieźle się czuję w tym ziemskim kopcu. Wszystko mi jest znane, odkryte, media trąbią o rozwoju cywilizacji i osiągnięciach naukowych. Oglądam sport, zachwycam się w kółko meczami tych samych drużyn. Przyjaciele i rodzina bez przerwy opowiadają te same historie, dowcipy i snują te same opowieści, a media trąbią ciągle o tych samych sprawach i po raz setny pokazują te same programy rozrywkowe. Ludzie dorośli, zamknięci w swoim kopcu, zamykają się w świecie realizowania swoich potrzeb materialnych, szukając ukojenia w rozrywce.
Ale jest taki moment, że jadąc ciemną nieznaną drogą w środku nocy, decyduję się zatrzymać, , zgasić światła, wyjść z samochodu, wziąć trzy głębokie oddechy i spojrzeć w górę. I nagle okazuje się, że nie jestem zamknięty w mrówczym kopcu, że stoję malutki i spada na mnie ogrom lśniących gwiazd. Gwiazd, których tak naprawdę może już nie być, a tylko ich światło dociera do moich źrenic, co jeszcze przyśpiesza rytm mojego serca w swoistym hołdzie nieskończoności. Wtedy uświadamiam sobie, że nie żyję w jakimś nudnym małym światku, ale w wielkim, pięknym i nieznanym kosmosie! Cóż za perspektywa. Miliardy lat świetlnych, miliony galaktyk i ta jedna Droga Mleczna, ten jedyny Układ Słoneczny i wreszcie malutka Ziemia, a na jej powierzchni stoi ludek, mniejszy od ziarnka piasku, z wielkimi wytrzeszczonymi oczami podziwiający – Wszechświat!
Ale niestety mieszkam w mieście, a w mieście nie ma gwiazd. Są tylko wieżowce, tramwaje, korki, bloki, kamery na każdej ulicy i ludzie otumanieni brakiem czasu.

Po powrocie do miasta staram się przez dłuższą chwilę czuć prawdziwą częścią nieskończoności. Uśmiecham się wszem wobec, ale nikt mnie nie widzi. Jakbym stał się niewidzialnym duchem chodzącym pomiędzy zapracowaną ludzkością. Nagle nie potrafię się odnaleźć. W jaki sposób wolny człowiek może być tak zniewolony błahostkami, relacjami, kwestiami społecznymi, a wreszcie okrutną walką o lepszy byt? Zaczynam patrzeć i nie wierzę, zaczynam krzyczeć, ale nikt mnie nie słyszy. Ludzie przechodzą, czasem tylko rzucą na mnie złowrogie spojrzenie.
Nagle zauważam ludzi, którzy na mnie patrzą. Grupka małych, kilkuletnich dzieci… Nie widzą zgiełku świata, nie pędzą za niczym ważnym, jedynie za liściem podskakującym na wietrze, a co chwila podskakując do góry, posyłają mi szczere uśmiechy, które mówią mi – hej, jesteśmy z tobą, widzimy ciebie, a ty widzisz nas.

Pierwszy świat, w którym się rodzimy, a dla którego warto żyć i który jest najszczęśliwszy, to świat dziecka. Czysty podmuch świeżości, jak światłość gwiazdy płynąca przez przestworza. Miłość nie do Ziemi, ale do uniwersum, zauroczenie jego pięknem, jak pięknem miłości dziecka w czystej intencji i prostocie.

poniedziałek, 13 maja 2013

Czym jest wolność?

„Wolność polega na kontrolowaniu i władaniu instynktami, nie zaś na ich zaspokajaniu. Natura we mnie, jeśli jej nie otamuję, powiększy moją zależność i moją niewolę. Zaspokajając na przykład instynkt posiadania, rozgałęziam się w sieci uwarunkowań i wchodzę w system uzależnień. Natomiast zmniejszając swoje potrzeby, wymykam się z mechanizmu i dużo trudniej mniej złowić. To znaczy, że posiadam więcej, mając mniej, gdyż zachowuję swoją autentyczną osobową własność” – Kazimierz Brandys, Nierzeczywistość.

Po wczorajszej rozmowie z pewnym bardzo majętnym człowiekiem starałem się znaleźć słowa, które w kilku zdaniach ukazywałyby sedno wolności i szczęścia, w tym celu nieco przypadkiem odnalazłem słowa cytowane wyżej.
Człowiek ten – koło sześćdziesiątki – żalił się nam, że przez ostatnie 30 lat jego życie poświęcone było tylko zarabianiu pieniędzy i powiększaniu firmy. Jak mówił, rozwój jego firmy był celem samym w sobie. Kiedyś miał 6 pracowników, teraz ma 106, i tak jak pracownik może czuć się zniewolony przez pracodawcę, tak i on czuje się zniewolony przez pracowników. Ponosi odpowiedzialność za firmę, za decyzje swoich podwładnych, za kredyty, ale dopiero teraz zauważył, że im człowiek starszy, tym lepiej widzi, że prawdziwie wolny nie jest teraz, mając miliony, ale wtedy, kiedy nie miał nic, był studentem, wziął plecak i pierwszym pociągiem pojechał tam, gdzie tylko chciał.
Każdy, kto w zupełności odda się zaspokajaniu swoich potrzeb, jako drodze ku wolności, doświadczy zawodu, gdyż praktycznie wszystko, co jest dla nas dobre, może prowadzić do złego, jeśli stanie się naszym uzależnieniem. Dużo pieniędzy, doskonały posiłek, świetne wino, wielki telewizor, dostęp do internetu. To wszystko wydaje się niezbędne i może uświetniać nasze życie, ale jeśli oddamy się temu bezgranicznie, zostaniemy kolejno: smutnymi milionerami, otyłymi, alkoholikami, telemaniakami czy uzależnionymi od internetu, zniewolonymi ludźmi oddalającymi się od świata realnego, a zamykającymi się w wirtualnym.
Musimy jednak pamiętać, że wiele rzeczy, o które zabiegamy, jest naprawdę niezbędne. Jak pisał o. Jacek Salij w Dekalogu, nie jesteśmy w stanie przeżyć nawet jednego dnia bez różnorakich dóbr materialnych, bo z ich pomocą zaspokajamy nasze potrzeby biologiczne. Ale pułapką stają się one wtedy, kiedy są celem samym w sobie, bo są one tylko drogą do naszego „być”.

Żadna rzecz ani żaden grzech nie jest warty tego, żeby być przez niego zniewolonym.

Jesteśmy stworzeni do rozwoju, wręcz grzechem jest nieróbstwo, lenistwo i otępienie. Jeśli jednak pomnażanie dóbr materialnych ma służyć nie tylko nam i naszej rodzinie, ale również społeczeństwu, praca nasza nabiera zupełnie innego, fascynującego wymiaru. Robimy to nie tylko dla siebie, ale również dla innych. Jak my na co dzień korzystamy z pracy innych, tak i nasza praca powinna być moralna i być swoistą cząstką siebie, którą oddajemy światu.
Nie sztuka jest być filantropem. Oddawanie tego, czego nie możemy i tak skonsumować, jest tylko naturalnym aktem dobrej woli. Ale czymś, co leży ponad wszystkim, jest taka sytuacja, gdy – by wspomóc innych – oddajemy siebie.
Oddajemy siebie i oddajemy, co mamy, a wtedy nasze serce wypełnia się pokojem, spełnieniem i przede wszystkim wolnością!

niedziela, 28 kwietnia 2013

Rynek - niewidzialny potwór rządzący światem


Nie mogę się powstrzymać przed komentarzem eseju G.K. Chestertona pt. The
wind and the Trees, ze zbioru Tremendous Trifles.

Chesterton tworzy przepiękną metaforę, ukazując oddziaływanie wiatru na
drzewa. W użytej przenośni drzewa to wszystkie rzeczy widzialne, wiatr
natomiast to wszystkie rzeczy niewidzialne.

Wiatr jest jak duch, jak emocje, jak myśli, wszystko, czego nie widzimy, a co
potrafi wpływać na świat materialny – drzewa. Tak jak w lesie, widzimy wielką
moc wiatru, chwiejące się gałęzie, szelest liści, ale powoduje to niewidzialna
siła zwana wiatrem.

Przenośnia ta uderzyła bardzo mocno w moją wątłą wyobraźnię, gdyż ludzie
sugerują się rzeczami materialnymi, jakby to one były najistotniejszymi
motorami świata, gospodarki czy ogólnie cywilizacji. Tak jakby to one
tworzyły naszą moralność i były punktem odniesienia dla wszystkich zmian. W
rzeczywistości jednak tak jak widzialne Drzewa nie poruszają niewidzialnego
Wiatru, tak i rzeczy materialne nie są istotniejsze od kwestii duchowych.

Nauka stara się nam za wszelką cenę udowodnić, że wszystko, nawet
nasze myśli i emocje, możemy zamknąć w chemicznym pudełku
impulsów kierujących naszym mózgiem. W rzeczywistości tylko swoiste
uprzywilejowanie abstrakcyjnego umysłu jako duchowego autorytetu może raz
na zawsze odizolować świat ludzi od świata zwierząt.

Jak napisałem w tytule, to, co niewidzialne, rządzi. Codziennie słyszymy, że
to „Rynek” rządzi światem, tak jakby był to wielki, silny potwór, który siedząc
na tronie, podporządkowuje sobie wszystkie decyzje. W rzeczywistości nie ma
czegoś takiego jak Rynek przez duże „R”. Jest tylko ogrom ludzkiego Wiatru
– naszych myśli, decyzji, naszego strachu i lęku. My jesteśmy rynkiem i my
jesteśmy gospodarką. To od naszego barometru szczęścia zależą notowania na
giełdzie i to my – ludzie – kontrolujemy prawie całkowicie ten świat.

Problemem współczesnego niewidzialnego świata jest fakt, że wszystko kręci
się wokół wartości, a jak każdy wie, żadna rzecz materialna nie ma ceny,
dopóki jej tej ceny nie przypiszemy na podstawie popytu i podaży. Jeśli cennik
świata oparty jest na niewidzialnych emocjach, zawsze będziemy zaskakiwani
na przemian okresami niewyobrażalnej hossy i okresami niewyobrażalnego
kryzysu. Tak właśnie funkcjonuje największe stado tego świata, świata ludzi,
który określamy słowem RYNEK.



czwartek, 25 kwietnia 2013

Dlaczego ludzie kradną?

Nie wierzę, że ludzie, którzy kradną i kłamią, myślą o tym, że robią źle. Gdyby
zdawali sobie z tego sprawę, świat wyglądałby inaczej, nie byłoby tyle zła na
nim.

Człowiek grzeszący zawsze dąży do racjonalizacji swoich złych uczynków.
Racjonalizacja jest swoistym tłumaczeniem się ze swoich grzechów, mówiąc
przykładowo, że „Przecież wszyscy to teraz robią, wszyscy oszukują, więc ja
też, przecież najważniejsze jest to, żeby sobie radzić w życiu”.

W ten sposób jeśli kradniemy coś, co może się przydać naszej rodzinie,
wmawiamy sobie, że w tym złym zachowaniu jest więcej dobra, gdyż czynimy
dobro naszej rodzinie, niż zła, bo cierpią na tym inni ludzie, których nie
znamy, nie lubimy. Podobna racjonalizacja występuje u ludzi biednych, którzy
racjonalizują okradanie bogatych: „Przecież tym ludziom to i tak nie zaszkodzi,
bo mają tyle kasy” albo „To bogata firma, nawet się nie zorientują, że im
brakuje”.

Problem w tym, że tak jak zawsze znajdą się bogatsi od nas, tak i znajdą się
biedniejsi od nas, a dla nich to my będziemy tymi bogaczami, którym i tak za
dobrze się powodzi.

Konserwatywne bronienie fundamentów religii oraz etyki powoduje, że nie
zapętlamy się w jarzmo grzechu, myląc biel z czernią. Tylko twarde postawienie
sprawy, że oszustwo i kradzież są złe, nawet jeśli dążą do dobrego, pozwoli nam
uniknąć okłamywania samych siebie.

Drugim aspektem czynienia zła jest negacja swoich występków. Dla
przykładu: jeśli w jakiejś sytuacji ponosimy tylko częściową winę, mamy
tendencję do wybielania siebie i negowania faktu, że my również jesteśmy
współodpowiedzialni. Wygląda na to, że to właśnie negacja nie pozwala nam
unikać grzechu, gdyż koncentrujemy się za bardzo na zmienianiu i pouczaniu
wszystkich wkoło, a nie koncentrujemy się na czyszczeniu siebie. Zwalając
winę na innych, zawsze będziemy skazani na rozgoryczenie i niesprawiedliwość

świata. Negacja grzechu jest niebezpieczna, gdyż nie możemy przestać
grzeszyć, dopóki nie uświadomimy sobie, że grzeszymy. Jest tak przecież, że
osoby święte, które żyją w łasce uświęcającej, są bardzo świadome grzechu.
Nie negują tego, że każdy ma skłonności do grzeszenia i że pokusy są rzeczą
naturalną – w końcu nawet Jezus był kuszony. Nie możemy obwiniać siebie za
skłonność do grzechu i pokusy, bo ludzie z natury są skazani na ciągłą walkę ze
złem, które istnieje również w nas.

Czasem również zawiść może prowadzić do negacji. Zawiść to dyskomfort,
który odczuwamy, kiedy innym wiedzie się lepiej. Jest to bardzo destruktywne
uczucie, o którym niewiele się mówi, a które teraz jak nigdy jest bardzo
powszechne ze względu na coraz bardziej poszerzające się podziały społeczne.
Bycie zawistnym jest jak skażenie się trucizną. Dopóki mamy ją w sercu,
będziemy sfrustrowani i niezadowoleni z życia, ale jest ona destrukcyjna
głównie dla nas, nie dla tych, w stosunku do których jesteśmy zawistni.
Zawiść jest chorobą, gdyż psuje relacje międzyludzkie i jest przeciwieństwem
naturalnego stanu rzeczy, czyli zadowolenia i radości z tego, że komuś się
wiedzie.

Czytałem ostatnio artykuł napisany przez Dale’a Carnegie, który powoływał
się na badania przeprowadzone w USA, które wskazują na to, że nawet najgorsi
przestępcy, seryjni mordercy i gwałciciele nie myślą, że robią źle, tylko że robią
dobrze.

Dobrym przykładem z najświeższej historii byłby Anders Breivik, człowiek,
który zabił 77 osób w 2011 roku na wyspie Utoya oraz w Oslo. Według jego
wierzeń zrobił to, aby walczyć ze złem. Wierzy w to, że właśnie on jest tym
jedynym sprawiedliwym, który zdecydował się wypowiedzieć wojnę islamowi i
feminizmowi, broniąc Norwegii przed potopem imigrantów.

Na takich przykładach widzimy, jak niebezpieczny jest rozchwiany system
wartości, i musimy dobrze zastanowić się nad sobą. Czy nie nazbyt często
racjonalizujemy i tłumaczymy się, zamiast po prostu lepiej żyć? Czy
nie zachowujemy się jak Breivik, twierdząc, że nasza racja jest jedyną,
niepodważalną, a reszta świata jest w błędzie?

Wszyscy grzeszymy i tylko świadomość naszej skłonności do grzechu uchroni
nas przed tym właśnie grzechem.

sobota, 20 kwietnia 2013

Zło które zwycięża



Wierzę w ludzkość dopóty, dopóki pamiętam, że nie zawsze wygrywają
najlepsi. Naprawdę najlepsi, tzn. najlepsi, odrzucając tych, którzy oszukują.

Politycy, którzy nami rządzą, nie są zapewne najlepszymi specjalistami w
naszym kraju. Najbogatsi biznesmeni nie muszą być najbardziej uczciwymi
przedsiębiorcami. Najbardziej popularni biskupi nie są najbardziej pokornymi
pasterzami. Najlepsi sportowcy niekoniecznie zdobywają medale jedynie dzięki
swoim talentom i ciężkiej pracy.

Wszystko to pokazuje, że w naszym ziemskim życiu nie trzeba być najlepszym,
żeby osiągnąć sukces. Ale czy warto zmarnować całe swoje życie na taki
sukces? Ostatnio zauważyłem, że w biznesie każdy może znaleźć swoją niszę,

aby wyróżniać się wśród innych. W dzisiejszych czasach taką niszą jest po
prostu bycie lojalnym i uczciwym. Jeśli skupimy się tylko na tym, to ciężko
pracując, możemy stworzyć dzieło, które z pewnością zostanie dostrzeżone.

Co można pomyśleć o ludziach, wierząc, że ten specyficzny osobnik, który
rządzi krajami, organizacjami i firmami, jest najlepszym ze wszystkich
możliwych? Z jakiegoś powodu tam jest…?

Życie pokazuje, że może być to dobry człowiek, ale nie musi. Musi za to być
konsekwentny, wytrwały w realizowaniu planu, sprytny, błyskotliwy i często po
prostu… musi iść po trupach do celu.

Nasz ziemski świat nie jest sprawiedliwy, tym trudniej jest nam racjonalizować
sprawiedliwość. Po co być sprawiedliwym odmieńcem, skoro i tak inni rzucą
nam kłody pod nogi?

Zło często wygrywa, dobro – czasem. Jeśli wierzymy w sąd ostateczny, to zło
tego świata zostanie rozliczone po śmierci. Jeśli nie wierzymy, to naprawdę
byłby to smutny i depresyjny świat, którym rządzą tylko silniejsi.

Temat zaczerpnięty z: „The Illustrated London News” 2.11.1907 by G.K.C.


czwartek, 18 kwietnia 2013

Czy Bóg istnieje? Kościół i obłuda




Z naukowego punktu widzenia nie ma możliwości udowodnienia, że Bóg jest,
ale nie można też udowodnić, że Go nie ma. Dlatego też wydaje się, że nauka
jest kwestią rozumu, a istnienie Boga – kwestią wiary.

Dla mnie najlepszym dowodem na istnienie Boga jest sam świat. Cała natura,
jej piękno, wszystkie organizmy żywe, oceany, gwiazdy, galaktyki. To sprawia,
że moja niewiara w istnienie wszystkiego z przypadku jest tak silna, iż umacnia
mnie w wierze.

Człowiek jest wspaniałą istotą, ale również ułomną. Nie potrafimy wyobrazić
sobie, że coś może się nie kończyć. Jeśli jest wszechświat, który się rozszerza,
to znaczy, że gdzieś się kończy. Ale co jest dalej? Wielkie odległe „NIC”.
Najprawdopodobniej tak.

Kiedyś czytałem wypowiedź pewnego mnicha, który powiedział: „Nie wiem,
czy Bóg istnieje, ale wierzę, że istnieje. Nawet jeśli Boga nie ma, to wierząc w
Niego, przeżyję dużo szczęśliwsze życie, niż będąc niewierzącym”.

Każdy na swój sposób może zinterpretować ten cytat. Ale zgodzę się, że
człowiek ma wielką potrzebę wierzenia w Boga. Na każdym kontynencie, w
każdej kulturze rozwinęła się jakaś religia.

Nawet wszyscy zapaleni ateiści, których znam, gdzieś w głębi serca wierzą w
jakiegoś boga. Dla niektórych tym bogiem jest Natura, dla innych Pieniądz lub
po prostu EGO. Każdy niewierzący w nic po prostu wierzy w siebie, a to już jest

jakaś religia.

Mam jednego przyjaciela, który przy każdej okazji atakuje moje chrześcijańskie
poglądy, twierdząc, że całe zło na ziemi spowodowane jest przez religie, tak jak
pokazuje to książka Bóg nie jest wielki Christophera Hitchensa. Miałem okazję
czytać tę książkę i była ona nudna i tendencyjna. Jak dla mnie wszystkie wojny
od początku historii, które były na pozór na tle religijnym, miały inne pobudki.
Tak, wywołując wojnę, najłatwiej ją oprzeć na religii, gdyż tuszuje się w ten
sposób jej prawdziwy cel. Na przykład pozyskanie dóbr materialnych, ropy,
gazu, nowych terenów itp.

Jeśli jest religia, która na pierwszym miejscu stawia Miłość, to jak można
nazwać zabójstwa w jej imieniu? Tylko obłudą.

Jeśli ktoś nam mówi, że sprzedaje ekologiczne jajka, i pokazuje nam kilka
kurek chodzących po jego podwórku, a następnie sprzedaje te jajka na skalę
przemysłową, to wreszcie zastanawiamy się: skąd on ma tyle jajek? Któregoś
wieczora podchodzimy ukradkiem do jego okna i widzimy, jak z całą rodziną
brudną mokrą szmatą ściera czerwone numerki z setek najtańszych jajek
kupionych w supermarkecie.

Kim jest ten człowiek? Czy jest to nadal szanowany rolnik, hodowca
ekologiczny? Czy też obłudnik i oszust? Tak samo powiem o ludziach, którzy
pod przykrywką chrześcijaństwa kradną, gwałcą, wykorzystują sytuację do
wzbogacenia się. Czy takie osoby w Kościele czynią tenże Kościół zły i
obłudny? Nie, ale stawiają Kościół w takim świetle.

Jezus założył Kościół grzeszników, gdyż wszyscy ludzie grzeszą, dlatego wręcz
nienormalne (ale wspaniałe) byłoby, gdyby wszyscy duchowni byli bezgrzeszni.
Nie dajmy punktować Kościoła jako całości, dlatego że są w nim czarne owce.
Przekaz chrześcijaństwa to: kochać, wybaczać, pomagać i chwalić Boga, który
stworzył świat. Tak więc pomóżmy oczyścić Kościele z zepsucia, a zacznijmy
od siebie!