„W odróżnienia od Króla, który nie był ubrany w nic, czas jest niczym ubranym w szaty. Można opisać jedynie te szaty” – Julian Barbour, Koniec czasu
W powyższym cytacie Barbour nawiązuje do znanej baśni H.Ch. Andersena, ale nie o baśni chciałbym dziś napisać, lecz o czasie!
Najczęstszym narzekaniem, które słyszę od ludzi, jest to, że „na nic nie mam czasu”. Niedawno temu napisałem tekst pt. Rynek – niewidzialny potwór rządzący światem. Dzisiaj chętnie nadałbym tekstowi tytuł Czas – niewidzialny potwór rządzący ludźmi, oczywiście ironicznie dobierając słowa, bo jak może rządzić nami coś, co jest efektem naszych poczynań – to nielogiczne.
Mam ochotę zadać wtedy pytanie: jeśli jesteś tak ubezwłasnowolniony przez czas, to czym dla ciebie jest czas? Poproszę definicję.
Czas naprawdę to tylko iluzja, to tylko narzędzie do opisywania relacji przyczynowo skutkowych. Pomimo że minęło prawie 300 lat od śmierci Izaaka Newtona, wszyscy żyją nadal w absolutnym pojęciu czasu, i to wydaje się, że jeszcze bardziej absolutnym i niepodważalnym niż kiedykolwiek wcześniej. Czas to czas! – tykający zegarek, absolutnie i bezwzględnie aż do śmierci. Nie zapominajmy jednak, że na początku XX wieku młody, 26-letni fizyk imieniem Albert udowodnił nam, że czas jest względny, tzn. płynie albo szybciej, albo wolniej w zależności od prędkości obserwatora, grawitacji itp.
Nie omieszkam tu przytoczyć słynnego paradoksu bliźniąt, nie wgłębiając się w układ inercjalny tychże bliźniąt, ale jedynie w kwestie upływu czasu. Załóżmy, że rozdzielilibyśmy braci bliźniaków, z których jeden zostałby na Ziemi, a drugi rakietą wyruszyłby w kosmos z prędkością 75% prędkości światła. Po 12 latach brat kosmonauta wróciłby na Ziemię. Okazałoby się, że bratu kosmonaucie przybyło tylko 8 lat, a nie 12, czyli byłby 4 lata młodszy od swojego brata bliźniaka. Powodem tego jest fakt, iż – w uproszczeniu – według teorii względności Einsteina czas płynie wolniej, im bliżej nam do prędkości światła. Co dzieje się potem, czy czas staje? Prawdopodobnie nie, ale na pewno wydarzyłoby się coś niesamowitego.
Dziś po śniadaniu, zamiast pójść do pracy, gdzie mój czas leci jak rozpędzony pociąg TGV (teżewe), ze względu na ostre przeziębienie zostałem w domu, który nagle pod nieobecność dzieci stał się dla mnie miejscem nieznanym. Cisza, spokój, ćwierkające ptaki za oknem. Wystarczyło zostać w domu, żeby w moim odczuciu czas drastycznie zwolnił. Przez każdą minutę przelatywały mi jakby setki myśli, dziesiątki spojrzeń, mrugnięć, które przez chwilę z ciekawości zacząłem liczyć. Liczyłem je całą wieczność, doliczyłem do 30 i zegar wskazywał tę samą minutę!
Po chwili przeleciała obok mnie mucha, wolno niczym wojskowy patrol lotniczy latała dookoła. Ależ ten czas się ciągnie, pomyślałem, gdybym nie miał przy sobie zegarka, zdecydowanie stwierdziłbym, że czas po prostu stanął w miejscu.
Te przykładowe kilka minut z czasu spędzonego w ciszy bez żadnych bodźców ukazują to, co Einstein stwierdził już w 1905 r. – czas jest względny, a nie absolutny! Jeśli tak jest, to znaczy, że dysponujemy nieograniczoną ilością czasu, dlatego że to my jesteśmy jego źródłem. To my tworzymy czas przez nasze interakcje ze światem i musimy w ten sposób o tym myśleć.
Co się wydarzy, jeśli zaczniemy żyć czasem względnym? Przestanie nam go brakować, bo dopóki żyjemy, dopóty jest on niewyczerpany. Będziemy świadomi, że czas może być jak wspomniany wcześniej pociąg. Może gnać jak francuskie TGV nawet 500 km/h, ale może zwolnić do 1 km na dobę, tak że ludzkim okiem nie zauważymy nawet, iż się rusza, ale to my go kontrolujemy!
Jeśli już wiesz, że to Ty razem ze światem tworzysz czas, może w końcu uwierzysz, że możesz zawładnąć tym potworem, bo sam codziennie dokonujesz wyborów, wszystkie Twoje decyzje są po prostu szatą. Szatą, której nie tworzy niewidzialny król, ale Ty, co chwilę, siłą swoich decyzji!
Następnym razem, jeśli ktoś powie Ci, że nie ma czasu, proszę, zacytuj mu Normana Peale’a, amerykańskiego speca od pozytywnego myślenia, który niegdyś powiedział: „Jedyną osobą, która nie ma czasu, jest ta 10 metrów pod ziemią”.
Droga do szczęścia i spełnienia. Krótkie refleksje o Bogu i życiu codziennym. Pokonaj lęk, przestań egzystować i zacznij żyć !
piątek, 7 czerwca 2013
czwartek, 6 czerwca 2013
Czy wierzysz w reinkarnację?
Pytanie to zadał jeden z czytelników bloga, więc pozwolę sobie na nie pokrótce odpowiedzieć.
Dla osób, które nie wiedzą – reinkarnacja jest to tzw. wędrówka dusz. Doktryna ta mówi o tym, że dusze są nieśmiertelne, a my w kolejnym wcieleniu możemy stać się kotem, psem, słoniem, a nawet kwiatem.
Doktryna ta jest podstawą buddyzmu i hinduizmu, a dla chrześcijan?
Jak się okazuje, ewangelie apokryficzne (nieuznawane przez Kościół) wskazywały na to, że na początku chrześcijaństwa ludzie wierzyli w reinkarnację. Jednak po Soborze w Konstantynopolu w 553 r. Kościół stanowczo ją odrzucił.
Przez współczesnych chrześcijan reinkarnacja jest często mylona z tzw. preegzystencją dusz, która mówi o tym, że dusza ludzka pochodzi od Boga i istnieje przed poczęciem. Ale dochodzi tutaj do pewnego rodzaju absurdu, że Bóg już dużo wcześniej musiałby stworzyć jakąś liczbę dusz, które miały zostać rozgospodarowane pomiędzy ludzi, a to jest dość wątpliwe.
Dlatego mimo że nie wierzę w koncept reinkarnacji, jest to bardzo fascynujący koncept. Przypomina mi on o tym, że na świecie szacunek należy się nie tylko ludziom posiadającym dusze, ale także zwierzętom, roślinom i wszystkiemu, w co Bóg tchnął życie!
wtorek, 4 czerwca 2013
Piękny człowiek
Dzisiejszy dzień okazał się zderzeniem z rzeczywistością, ale nie o tym będzie ten wpis. Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się dzisiaj, czy po prostu nie wylać całej goryczy i nie zacząć narzekać.Ale w jakim celu? Przecież to pójście na łatwiznę, dlatego dziś napiszę o… pięknie.
Siedzę właśnie w kafejce w centrum Sztokholmu,wśród urzekających starych kamienic,niezniszczonych żadną wojną, i pięknych wszechobecnych fontann. Ale nie interesują mnie cegły, tylko ludzie.
Już dawno nie widziałem tylu kanonów piękna wśród tak różnych ludzi. Przypomina mi to Nowy Jork lub Londyn, ale inaczej, bo zamiast zachodniego kiczu pachnie to północną oryginalnością.
Gdy pisałem o skandynawskiej oryginalności,przeszedł koło mnie czarnoskóry, bardzo wysoki mężczyzna w wielkich przeciwsłonecznych okularach, w brązowej sutannie, jakby żywcem wyjęty z polskiego zakonu. O tym właśnie chciałbym napisać.
Przez wiele stuleci kanony piękna były dopasowane do epoki. Dla przykładu – kobiety w bardzo dawnych czasach kojarzyły się głównie z reprodukcją i macierzyństwem, dlatego piękne były kształty i ubiór podkreślający cechy z tym związane. W starożytnym Egipcie furorę robiły smukłe sylwetki, a także całkowicie wygolone kobiece ciała. Również głowy.Ascetyzm średniowiecza natomiast promował chude kobiety, które przez swoją aseksualność wtapiały się w trendy tej epoki (myśli te zapożyczyłem z pewnego bloga, którego niestety nie mogę już namierzyć).
A czym jest piękno dzisiaj? Dziś mamy tyle kanonów piękna, ilu ludzi na tej planecie. Nie ma jednego niepodważalnego wzorca, który by królował. Nawet największe gwiazdy i celebryci są przez jednych uwielbiani, a przez innych – odrzucani.
W dzisiejszej rzeczywiści piękna jest różnorodność.
Właśnie dzisiaj natknąłem się na przepiękną paręmłodych ludzi, którzy tak zachwycili mnie swoją odmiennością, że aż stanąłem z podziwem naprzeciw nich, a oni spokojnym spojrzeniem patrzyli na mnie jakby w zawieszeniu.
Oboje mieli bardzo ładne smukłe twarze, długie brunatne dredy, kolczyki i ubrania, które poprzez ściśnięte ręce zlewały się w uniwersalną jedność.Wow. Byli definitywnie piękni. Nie dla mnie i dla świata, ale na pewno dla siebie.
piątek, 31 maja 2013
Czy warto marzyć?
Przeczytałem dzisiaj artykuł na Buffer blog dotyczący tego, w jaki sposób mózg, mimo że jest wspaniałym narzędziem, potrafi nas stopować w naszym rozwoju i osiąganiu pięknych i wielkich celów. Przecież na co dzień bardziej koncentrujemy się na tym, że nasz umysł może wszystko i że jest naszym największym zasobem.
Wydawało mi się, że wielkie marzenia nie mają negatywnego wpływu na osiągane przez nas cele, przecież odwaga w pozytywnych myślach o przyszłości jest podstawą do osiągnięcia czegokolwiek. Okazuje się, że przeprowadzone ostatnio badania dowodzą, że oddawanie się fantazjom i marzeniom może nas oddalać od upragnionego celu. Autor twierdzi, że koncentrowanie się na efekcie powoduje, że tu i teraz możemy już wizualizować sobie emocje i dreszcze towarzyszące osiągnięciu wielkich celów, ale może nas to demotywować do rozpoczęcia działania. Cel może się wydawać tak wspaniały, ale jednocześnie tak odległy i tak nierealny jak Gwiezdne Wojny. Coś, o czym możemy marzyć wiecznie, ale nigdy nie może się ziścić.
A przecież jest dokładnie odwrotnie. Naprawdę jest bardzo mało celów, których nie możemy osiągnąć, a blokuje nas przede wszystkim nasz mózg, naciski społeczne i brak pewności siebie.
Dobrze jest wiedzieć, dokąd zmierzamy, i czuć ekscytację towarzyszącą osiągnięciu celu, ale bardziej musimy się skupić na drodze, która pozwoli nam to osiągnąć, bo w przeciwnym wypadku możemy zniechęcić się tzw. zderzeniem z rzeczywistością. Musimy zrozumieć, że na wszystko potrzeba czasu, że wygrywają ci najwytrwalsi, a nie ci z największymi marzeniami.
Wymyślamy sobie marzenia, które nie są realne, np. bycie popularnym piosenkarzem, oraz marzenia, które są realne, np. wielki piękny dom z ogrodem, spełniająca i fascynująca praca, podróże po świecie itp. Wrzucając te marzenia do jednego worka i żyjąc stale w przeciętności, idziemy drogą donikąd.
Czasem sam się dziwię, jak zwariowane pomysły przechodziły mi przez głowę. Jednocześnie cieszę się, że potrafię na chłodno ocenić, co jest de facto realne, a co jest po prostu dziecięcym marzeniem. Ale jakże nudne jest oddawanie się jedynie temu, co mogę zrobić teraz, a nie temu, co może się spełnić.
Jednak jeśli mamy w głowie fantazję, która ma namiastki tego, co mogłoby się spełnić, nie oszukujmy się, że możemy mieć to już dzisiaj, od zaraz. Zastanówmy się, co moglibyśmy zrobić już dzisiaj, żeby po prostu zacząć, żeby zbliżyć się do naszego wymarzonego celu. Pod koniec każdego dnia możemy zapytać się sami siebie: czy zrobiliśmy jakikolwiek krok, żeby zbliżyć się do swoich marzeń? Czy też daliśmy unieść się wirowi wydarzeń, daliśmy ponieść się życiu, tracąc kontrolę i motywację do działania?
Wczoraj pewna moja przyjaciółka zapytała mnie, dlaczego zacząłem pisać blog Strefa Geniuszu. W jakim celu? Odpowiedziałem jej, że tak wiele myśli siedzi codziennie w mojej głowie, iż chciałbym się tym dzielić z innymi, a przede wszystkim – żeby moje dzieci, gdy dorosną, wiedziały, o czym myślałem na każdym etapie mojego życia. Bez tego nie czułbym się spełniony.
Jednak zapomniałem powiedzieć jej o tej najważniejszej przyczynie. Jest to po prostu realizowanie mojego marzenia, które od zawsze było we mnie i jest moim najważniejszym powołaniem, a jest nim po prostu inspirowanie ludzi.
wtorek, 28 maja 2013
Pieniądze dają szczęście
Zważywszy na to, że z zawodu jestem
biznesmenem i zazwyczaj pod koniec dnia jestem zmęczony tematem pieniędzy, mało
piszę o nich na swoim blogu. Faktem jest, że jak większości z nas głównym moim
zadaniem każdego dnia jest po prostu praca i zarabianie na rodzinę. Nie lubię
ludzi stawiających pieniądze na piedestale wartości życiowych, jednocześnie
trzeba pamiętać, że osoba, która całkowicie deprecjonuje znaczenie pieniędzy,
jest osobą obłudną. Ludzie nie są w stanie przetrwać dłużej niż dzień lub parę
dni bez wszelakich dóbr materialnych, dachu nad głową, pożywienia. Mówiąc, że
pieniądze nie są dla nas ważne, mówimy, że nie potrzebujemy do życia nic oprócz
powietrza, co ewidentnie mija się z prawdą.
„Pieniądze szczęścia nie dają”, ale
każdy chciałby przekonać się o tym na własnej skórze. Takie stwierdzenie pcha
do przodu, ku mnożeniu dóbr materialnych, nawet osoby, których życiowym
priorytetem nie jest bycie najbogatszym człowiekiem na świecie. Oczywiście jest
grupa ludzi, którzy marzą o zarobieniu i zaoszczędzeniu jak największej ilości
pieniędzy. Dlaczego? Bo pieniądze dają Ci wszystko to, co sobie zapragniesz i o
czym marzyłeś, wszystkie dobra materialne, które istnieją na świecie. Spełnią
wszystkie Twoje zachcianki i sprawią, że wszyscy będą zazdrościli Ci tego, co
posiadasz! A przepraszam, Ciebie to nie dotyczy? Nie zazdrościsz? Zazdrość jest
w każdym, w Tobie również.
Tak, właśnie dlatego pieniądze
wymyślone przez ludzi zawładnęły swoim stwórcą. Półtora tysiąca lat przed
Chrystusem Fenicjanie zamienili barter na metalowy pieniądz, który po dziś
dzień cieszy nas swoją obecnością. Ale kto i dlaczego zarabia więcej niż
wszyscy? Jest pewna rzecz, która w Polsce określana jest „układem”, wszędzie
indziej natomiast nazywa się to networking! Czym jest networking? Ludzie
pomagają innym. W ten sposób utwierdzają się w przekonaniu, że są kimś lepszym,
bo już od dziecka rodzice wpajają nam, że trzeba pomagać sobie nawzajem. Mimo tego,
że czasem pomagamy osobom, których nawet nie znamy, to jednak głównie są to
ludzie, których znamy i lubimy.
Znam ludzi mówiących: „nic nikomu nie
zawdzięczam”, „wszystkiego dorobiłem się poprzez własną ciężką pracę”, „możesz
liczyć tylko na siebie”. Ludzie ci w ten sposób usprawiedliwiają siebie i
przyduszają wyrzuty sumienia. Nie chcą pomagać innym i sami nie pomagają innym,
nie mając w tym żadnego interesu. Jednak znacząca większość ludzi ma w sobie
cechę, która pozwala im zrobić coś dla dobra sprawy, dla polepszenia czyichś
możliwości lub perspektyw. Robią to dla idei, gdyż patrzenie na człowieka
odnoszącego sukces może powodować dwa skrajne odczucia: zawiść i zazdrość lub
empatyczne poczucie spełnienia.
Jest szkoła, która mówi, żeby każdą
napotkaną osobę traktować jako rozszerzenie swojej sieci kontaktów. Kształcąc
się w USA, usłyszałem: „Żyj ze wszystkimi przyjaźnie, utrzymuj kontakty i bądź
lubiany przez ludzi, gdyż może się okazać, że twój kolega z ławki obok zostanie
prezesem Microsoftu”. Oczywiście miało to znaczyć, że nawet jeśli niespecjalnie
lubisz tego kolegę, nie przeszkadza to w zbudowaniu relacji, która pozwoli Ci
stać się beneficjentem danej znajomości. Podsumowując moje dotychczasowe życie,
nie mogę zgodzić się z tą tezą. Ludzie, którzy są bardzo „interesowni”, nie są
tymi najbardziej potrzebnymi w drodze do Twojej sieci kontaktów. Tacy ludzie są
wszędzie i czasem może się wydawać, że jest ich przytłaczająca większość.
Ale to ludzie bezinteresowni mogą
zmienić Twoje życie. Mogą być mentorami, przyjaciółmi, wsparciem i
niekoniecznie wsparciem finansowym. Jeśli masz bogatego wujka, który
sprezentuje Ci jakąś sumę pieniędzy, niekoniecznie wyświadczy Ci przysługę.
Jeśli beztrosko podejdziesz do łatwo pozyskanych pieniędzy, wydasz je na zbędną
rzecz, która w dłuższej perspektywie nie będzie miała wpływu na Twoje życie.
Ale jeśli ten sam wujek nie da Ci nic, przez wiele lat pozostanie Twoim
mentorem, to będzie to znaczyło dużo więcej.
Widząc świat oczami osoby, która
przeszła przez życie, zaoszczędzając dużą sumę pieniędzy, sam odkryjesz, że tak
jak pieniądze są wszędzie, tak też wszędzie pieniądze można zarobić.
Pieniądze same w sobie nie mają
prawie żadnej wartości. To ludzie dają im tę magiczną moc. Pamiętam, jak będąc
młodym chłopcem, obejrzałem przypadkowo dość tragiczny film. Na oceanie zgubiła
się kilkunastoosobowa grupa turystów płynących statkiem. Stracili kontakt ze
światem, szybko skończyło się jedzenie i słodka woda. Nagle przy strasznie ograniczonej
podaży wody i pokarmu właśnie to zyskało największą wartość. Nie były potrzebne
kurtki, gdyż było gorąco; pitna woda stała się dobrem deficytowym. Po jakimś
czasie ludzie zaczęli przekupywać siebie nawzajem. Człowiek z największą
ilością pieniędzy w portfelu pragnął kupić za wszystkie pieniądze resztki wody,
która pozostała na pokładzie. I mimo że wielu pasażerów uznało to za absurd,
udało mu się odkupić część wody.
Czy dolary na tej łódce miały jakąkolwiek
wartość? Oczywiście, że nie, ale każdy łudził się w przekonaniu, że odnajdzie
ich łódź ratunkowa i wrócą do świata, w którym to właśnie pieniądze rządzą… a
nie woda! Ta historia, która na końcu przerodziła się w
makabryczno-kanibalistyczną opowieść, ilustruje nam fakt, że tylko my nadajemy
wartość pieniądzom, a nie one same sobie.
Pragnę, żebyś nabrał dystansu do
pieniądza i zaczął patrzeć na niego jedynie jako na środek-medium, który
pozwala wymieniać Twoją pracę lub usługę na dobra materialne. Wyobraźmy sobie,
jak było kiedyś. Jeśli świat kręcił się jedynie wokół zaspokojenia głodu i mało
złożonej egzystencji, każdy mógł wymieniać się dobrami. Kilka litrów mleka za 1
kg mięsa. Róg jelenia za kurtkę z norek itp. Oczywiście rozwój ludzkości zmusił
nas do zaniechania barteru na rzecz czegoś bardziej płynnego.
Pieniądze to iluzja. Postaraj się
nabrać dystansu do terminu „pieniądz”. Dlaczego myśleć, że pieniądz jest
nieprawdziwy i wymyślony? Dlatego że łatwiej będzie Ci zarobić, jeśli skupisz
się na samym sednie zarabiania, a pieniądz nie jest tym sednem. Sednem
zarabiania jest świadczenie usług lub sprzedawanie jakiegoś produktu, który dla
kogoś przedstawia wartość.
Chciałbym nawiązać tutaj do piramidy
Maslowa. Wszystko, co się tam zawiera, odzwierciedla potrzeby, które rządzą człowiekiem.
Na samym dole piramidy są potrzeby fizjologiczne: spanie, jedzenie, sen.
Dopiero po zaspokojeniu podstawowych potrzeb jesteśmy w stanie wspiąć się wyżej
do kwestii bezpieczeństwa, moralności, czy wreszcie na sam szczyt piramidy,
czyli życiowego spełnienia i samorealizacji. Bywają dni, w których najprostsze czynności
mogą nam dać najwięcej przyjemności, ulgi czy radości. Piękno otaczającego
świata, świeży podmuch wiatru, czy wręcz załatwianie czynności fizjologicznych.
Podobnie wygląda nasze życie, i to
właśnie stabilność dóbr materialnych, będąca swoistym uzupełnieniem życia
duchowego, może wprowadzić nas na wyżyny naszych możliwości, wykorzystując w
pełni otrzymane przez nas talenty. Nie można pisać wierszy, mając pusty
żołądek; nie można napisać powieści, martwiąc się, czy wróg nie spali Twojego
domu. Życie musi układać się w jedną całość i tylko swoisty balans może prowadzić
nas do osiągnięcia tych celów, o których większość ludzi boi się marzyć.
Oczywiście tytuł posta jest prowokacyjnym odwróceniem popularnego przysłowia, ale wypełnieniem tematu będzie stwierdzenie: "Pieniądze dają szczęście, jeśli masz wszystko co najważniejsze, a czego nie można kupić..".
Oczywiście tytuł posta jest prowokacyjnym odwróceniem popularnego przysłowia, ale wypełnieniem tematu będzie stwierdzenie: "Pieniądze dają szczęście, jeśli masz wszystko co najważniejsze, a czego nie można kupić..".
sobota, 25 maja 2013
Sensacja chomikuj
Dziś spędziłem kilka godzin w samochodzie, w którym cały czas leciała jedna z komercyjnych stacji radiowych – z Krakowa. Od dłuższego czasu słucham tylko kilku spokojnych stacji radiowych. Pozostały wolny czas spędzam na słuchaniu audiobooków oraz mp3.
Ale dzisiaj byłem zmuszony wysłuchać kilku godzin sensacyjnych relacji radiowych. Wypadek awionetki, wybuch gazu w domu jednorodzinnym, morderstwo żołnierza w biały dzień w Wielkiej Brytanii, oszustwa zegarkowe polityka, śmiertelny wypadek na drodze, napad na jubilera, napad z maczetą w Krakowie, w Bydgoszczy natomiast lekarka stwierdziła zgon pacjentki, która… żyła.
Szkoda, że reporterzy nie poinformowali szanownych słuchaczy, w którym momencie zorientowano się, że kobieta jednak żyje. Czy po zasypaniu trumny? No nieważne, cieszę się, że kobieta żyje.
Jednak będąc urodzonym optymistą, lubiącym chłonąć pozytywne wiadomości, z utęsknieniem czekałem na coś pozytywnego. Pierwszym takim newsem okazała się decyzja UEFA o przyznaniu finału Ligi Europy Warszawie, ale wkrótce dodano, że to dopiero… za 2 lata.
Przez kilka ostatnich miesięcy od wszystkich ludzi nie usłyszałem o tylu tragediach co dzisiaj, jednocześnie cieszyłem się, że jestem od tego uwolniony i mogę trzeźwo ocenić sytuację. Żeby trzeźwo ocenić, co dzieje się w mediach, trzeba wyrwać się z odurzenia sensacjami, którymi media karmią nas od kilkunastu lat.
Zauważyłem pewną zależność, że bardzo wielu ludzi związanych z telewizją – aktorów itp. – prywatnie nie ogląda telewizji. Widząc coś od wewnątrz, widzimy to, czego inni nie widzą. Jest to trochę jak szczera rozmowa z pracownikiem masarni: Ale czemu pan nie je parówek? Odpowiedź brzmi: Bo widzę, z czego się je robi.
OK, ale przecież parówki są smaczne, tak jak i oglądanie telewizji jest wspaniałą rozrywką. Oglądając dobry program rozrywkowy, możemy mieć wrażenie, że był on tak doskonały, że aż nie można go nie obejrzeć. Tylko takich programów jest całe mnóstwo, a wedle tej teorii w ogóle nie powinniśmy wyłączać TV.
Rok temu po przeanalizowaniu wszystkich „za” i „przeciw” zdecydowałem, że moje życie będzie dużo głębsze i wspanialsze, jeśli oderwę się od sensacji radiowo-telewizyjnych.
Moja percepcja świata kreowana jest głównie tym, co widzę wokół siebie w staromodnym tzw. realu, czyli po prostu w rzeczywistości, a nie w fantazji!
A co widzę? Widzę dużo więcej pozytywnych rzeczy, uczynków, gestów dobrej woli, bezinteresownej pomocy i wreszcie człowieczeństwa. Gorąco zachęcam do swoistego odwyku telewizyjnego. Wynieś telewizor na strych i zacznij robić to, co naprawdę lubisz. Zacznij rozmawiać ze swoją żoną, mężem, dziećmi. Pójdź na spacer, nie patrząc na czas, bo dopiero ciemność powie ci, kiedy wracać do domu.
Jeszcze nie tak dawno, zaledwie nieco ponad 10 lat temu, wychodziłeś z domu i nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Byłeś wolny od smyczy w postaci komórki, mogłeś skupić się na życiu chwilą, a niezapowiedziane wizyty były najzdrowszą formą kontaktów międzyludzkich. Teraz mamy planer, kalendarz i jak doktor w gabinecie umawiamy daty spotkań ze znajomymi.
Wyłącz TV, a nagle znajdziesz 20-30 godzin w tygodniu, które naprawdę uczynią cię szczęśliwym!
Ale dzisiaj byłem zmuszony wysłuchać kilku godzin sensacyjnych relacji radiowych. Wypadek awionetki, wybuch gazu w domu jednorodzinnym, morderstwo żołnierza w biały dzień w Wielkiej Brytanii, oszustwa zegarkowe polityka, śmiertelny wypadek na drodze, napad na jubilera, napad z maczetą w Krakowie, w Bydgoszczy natomiast lekarka stwierdziła zgon pacjentki, która… żyła.
Szkoda, że reporterzy nie poinformowali szanownych słuchaczy, w którym momencie zorientowano się, że kobieta jednak żyje. Czy po zasypaniu trumny? No nieważne, cieszę się, że kobieta żyje.
Jednak będąc urodzonym optymistą, lubiącym chłonąć pozytywne wiadomości, z utęsknieniem czekałem na coś pozytywnego. Pierwszym takim newsem okazała się decyzja UEFA o przyznaniu finału Ligi Europy Warszawie, ale wkrótce dodano, że to dopiero… za 2 lata.
Przez kilka ostatnich miesięcy od wszystkich ludzi nie usłyszałem o tylu tragediach co dzisiaj, jednocześnie cieszyłem się, że jestem od tego uwolniony i mogę trzeźwo ocenić sytuację. Żeby trzeźwo ocenić, co dzieje się w mediach, trzeba wyrwać się z odurzenia sensacjami, którymi media karmią nas od kilkunastu lat.
Zauważyłem pewną zależność, że bardzo wielu ludzi związanych z telewizją – aktorów itp. – prywatnie nie ogląda telewizji. Widząc coś od wewnątrz, widzimy to, czego inni nie widzą. Jest to trochę jak szczera rozmowa z pracownikiem masarni: Ale czemu pan nie je parówek? Odpowiedź brzmi: Bo widzę, z czego się je robi.
OK, ale przecież parówki są smaczne, tak jak i oglądanie telewizji jest wspaniałą rozrywką. Oglądając dobry program rozrywkowy, możemy mieć wrażenie, że był on tak doskonały, że aż nie można go nie obejrzeć. Tylko takich programów jest całe mnóstwo, a wedle tej teorii w ogóle nie powinniśmy wyłączać TV.
Rok temu po przeanalizowaniu wszystkich „za” i „przeciw” zdecydowałem, że moje życie będzie dużo głębsze i wspanialsze, jeśli oderwę się od sensacji radiowo-telewizyjnych.
Moja percepcja świata kreowana jest głównie tym, co widzę wokół siebie w staromodnym tzw. realu, czyli po prostu w rzeczywistości, a nie w fantazji!
A co widzę? Widzę dużo więcej pozytywnych rzeczy, uczynków, gestów dobrej woli, bezinteresownej pomocy i wreszcie człowieczeństwa. Gorąco zachęcam do swoistego odwyku telewizyjnego. Wynieś telewizor na strych i zacznij robić to, co naprawdę lubisz. Zacznij rozmawiać ze swoją żoną, mężem, dziećmi. Pójdź na spacer, nie patrząc na czas, bo dopiero ciemność powie ci, kiedy wracać do domu.
Jeszcze nie tak dawno, zaledwie nieco ponad 10 lat temu, wychodziłeś z domu i nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Byłeś wolny od smyczy w postaci komórki, mogłeś skupić się na życiu chwilą, a niezapowiedziane wizyty były najzdrowszą formą kontaktów międzyludzkich. Teraz mamy planer, kalendarz i jak doktor w gabinecie umawiamy daty spotkań ze znajomymi.
Wyłącz TV, a nagle znajdziesz 20-30 godzin w tygodniu, które naprawdę uczynią cię szczęśliwym!
środa, 22 maja 2013
Zło dobrem zwyciężaj JPII
Dzisiejszy dzień mógłbym zaliczyć do nieudanych, gdyby skończył się zbyt wcześnie.
Rano przywitał mnie stres związany z pracą, a kolejne rozmowy telefoniczne zwiększały napięcie i podenerwowanie. Pomyślałem sobie po raz kolejny, że sytuacja materialna ludzi wpływa na ich zachowanie. To znaczy, że ludzie zachowują się bardziej ludzko w czasach dobrobytu, a bardziej zwierzęco w czasach kryzysu. Zauważyłem, że ludzie, którzy cechowali się szczodrością, nagle zmieniają taktykę i wracają do bezlitosnej walki o byt. Im bardziej się pali grunt pod nogami, tym do większej ilości dziwnych zachowań jesteśmy gotowi. Nie sztuką jest podarować czy odpuścić coś ludziom, kiedy się ma, ale wtedy, kiedy się nie ma i oddaje innym, zabierając sobie.
Wreszcie wieczorem pojechałem do szpitala odwiedzić mojego chorego brata. Od kilku miesięcy ma sparaliżowane nogi, a obecnie leczy się chemioterapią. Staram się często tam bywać i rozmawiam z nim raczej z duchem optymizmu, bo naprawdę wierzę, że będzie tylko lepiej. Dzisiaj jednak po całym dniu rozczarowań zdecydowałem się pożalić bratu i jego żonie Ewie, mówiąc o niesprawiedliwościach tego świata, i podzielić się moim dzisiejszym zwątpieniem. Ona natomiast z wielkim uśmiechem na twarzy powiedziała mi, że ostatnim czasem doświadcza wielu bezinteresownych rodzajów wsparcia duchowego od wielu ludzi. A w szczególności od ludzi, których nie zna lub prawie nie zna. Z rozpromienioną twarzą powiedziała mi, że mając takie wsparcie i słysząc zapewnienia o czyjejś modlitwie, aż chce się jej skakać do góry, jakby nagle została uniesiona na skrzydłach. Nie ukrywam, że na tym etapie dnia byłem głęboko zdziwiony tymże wyznaniem, tym bardziej że ostatnich kilka dni było dla nich zdecydowanie najcięższe od początku choroby. Ale dotarło do mnie, jak ważne jest bezinteresowne wsparcie innych ludzi. Jak ważna jest modlitwa, która naprawdę może czynić cuda.
Ucieszyła mnie ta wizja, bo jest to coś, w co bardzo wierzę. Wierzę, że każdy człowiek jest chociaż trochę dobry, choć nie każdego dnia to widzę. Ewa powiedziała mi, że kiedyś usłyszała te słowa: „Dobro mówi spokojnym głosem, zło natomiast po prostu krzyczy!”. Dlatego tam, gdzie dzieje się zło, nie widać dobra, tam natomiast, gdzie dzieje się dobro, dość często słychać zło kryjące się w oddali.
Jakież to proste. Przecież właśnie dlatego zło jest wszechobecne, a programy informacyjne prześcigają się w podawaniu nam jak najgorszych, tragicznych i smutnych newsów. Zło krzyczy, przez co szybciej się przenosi, dobro natomiast spokojnie, lecz wytrwale dąży do celu.
Szczerze dziękuję Bogu, że mam tak wspaniałą rodzinę, która może mnie wesprzeć wtedy, kiedy ja tracę siły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)